sobota, 31 marca 2012

Co myślę o szczepieniach cz.3 (na razie ostatnia)

Czy nieszczepienie jest bezpieczne dla dziecka?

Moim zdaniem – to zależy. Każda sytuacja jest inna i nie da się ogólnie, jednoznacznie powiedzieć – bezpieczne albo niebezpieczne. Zależy na co się szczepi, zależy od dziecka, zależy od jego trybu życia, środowiska w jakim żyje. Szczepiąc, w mniejszym lub większym stopniu zmniejszamy prawdopodobieństwo wystąpienia danej choroby lub jej ciężkiego przebiegu. To bardzo ważne. Ryzykujemy za to odczyn poszczepienny, a nawet wszczepienie choroby, z którą dziecko mogłoby wcale nie mieć kontaktu. Każda sytuacja jest inna.

Przykład: poliomyetis, czyli choroba Heinego-Medina. Głównym, a może nawet jedynym źródłem potencjalnych zakażeń obecnie w Polsce są dzieci szczepione tzw. żywą szczepionką. Przez kilka tygodni (wg innych źródeł nawet dłużej) wydalają one z kałem żywe wirusy polio, roznoszą się one właśnie drogą fekalno-oralną. Moim zdaniem dziecko, które nie ma kontaktu z rówieśnikami szczepionymi żywą szczepionką lub ma bardzo ograniczony kontakt, będzie bezpieczne, natomiast dziecko, które chodzi do żłobka lub klubu malucha, gdzie spotyka się wiele dzieci, dotykają się, bawią razem, mogą mieć kontakt z zawartością pieluszki – już niekoniecznie. Takie dziecko na pewno zaszczepiłabym wcześniej na polio. Wielu lekarzy obecnie odchodzi od stosowania żywej szczepionki na polio, właśnie ze względu na możliwe zarażanie innych.

Szczepienia nie są jedyną drogą budowania odporności i profilaktyki chorób zakaźnych. Jedną z ważniejszych jest karmienie piersią. Według badań przeprowadzonych w Szwecji, każdy kolejny tydzień karmienia piersią zmniejsza ryzyko inwazyjnej infekcji Haemophilus influenzae o 5% (tu źródło). Inne to odpowiednia dieta, higiena (nie sterylność) czy hartowanie, a także unikanie czynników zwiększających ryzyko – na przykład palenia tytoniu przez rodziców (przede wszystkim w ciąży) czy niepotrzebnych kuracji antybiotykowych. Czynnikiem ryzyka może też być rodzeństwo czy żłobek.

Istnieje pogląd, że szczepienia zakłócają rozwój układu odpornościowego, utrudniając wykształcenie się „naturalnej” odporności. Osobiście za mało wiem na ten temat, żeby się jednoznacznie wypowiedzieć. Na pewno system odpornościowy to bardzo złożony układ, przenikający się nawzajem z innymi układami w organizmie, trudny do ręcznego sterowania, nie zawsze poddający się redukcjonistycznym analizom.

I krótkie podsumowanie tych przydługich wywodów:

1. Czy warto szczepić dzieci? Moim zdaniem w większości przypadków tak! Ale jeśli świadomi, odpowiedzialni rodzice decydują się budować odporność dziecka w inny sposób, może to być równie słuszna droga – powinna być legalna. U nas często tacy rodzice są karani grzywną (nawet jeśli dzieci mają poważne powikłania po szczepieniach). W wielu krajach szczepienia nie są obowiązowe, a jedynie rekomendowane.

2. Czy program szczepień w Polsce jest idealny? Moim zdaniem nie. Dlatego dobrze wcześniej zapoznać się z tematem, rozważyć różne szczepionki, odnieść je do indywidualnej sytuacji dziecka. Na końcu tego wpisu zamieszczam propozycję zmian programu szczepień w Polsce autorstwa prof. Majewskiej. Może być inspiracją do własnych poszukiwań. Może w tym pomóc lekarz, choć lekarzy otwartych na ten temat nie ma zbyt wielu (ale istnieją! :-) ).

3. Najlepiej byłoby, gdyby każde dziecko miało indywidualnie dobrany program szczepień. Mógłby go dobierać lekarz dobrze znający dziecko, opierający się na dokładnym wywiadzie z rodzicami. Niestety, trudno sobie wyobrazić taką sytuację w polskiej państwowej służbie zdrowia...

Szczepienia to również wiele innych kwestii, nie poruszonych w tych krótkich tekstach – natury politycznej, filozoficznej, ekonomicznej... Szczepienia to również interesy koncernów farmaceutycznych, moim zdaniem żerujących często na lęku rodziców o własne dzieci. Wielu lekarzy bazuje właśnie na informacjach rozpowszechnianych przez producentów szczepionek, czy informacje te mogą być obiektywne? Ważna jest też kwestia dostępu do informacji na temat szczepień i możliwych powikłań, a także poważne traktowanie odczynów poszczepiennych.

Na koniec zapraszam do lektury listu prof.Majewskiej, szczególnie zaś propozycji zmian w polskim kalendarzu szczepień:

Propozycja zmiany programu szczepień w Polsce, oparta na analizie programów w innych krajach UE (Euvac.net) oraz konsultacjach z pediatrami – jest następująca:
• wyeliminowanie wszystkich szczepionek z thimerosalem; • zrezygnowanie ze szczepienia noworodków szczepionkami Wzw B (szczepienie tylko noworodków z grupy wysokiego ryzyka, czyli od matek zakażonych żółtaczką). Zaoszczędzone na tych szczepionkach pieniądze przeznaczyć na higienę szpitali, by nikt się w nich nie zarażał.
• zrezygnowanie ze szczepienia noworodków BCG (stosować tylko u dzieci z regionów, gdzie odsetek chorych na gruźlicę wynosi powyżej 40 na 100 000);
• w pozostałej grupie dzieci rozpoczęcie szczepień od 4 miesiąca życia;
• zrezygnowanie ze szczepionki krztuścowej pełnokomórkowej;
• zrezygnowanie z podawania więcej niż trzech rodzajów szczepionek w jednym dniu;
• zrezygnowanie z podawania szczepionek zawierających żywe wirusy lub podawanie ich pojedyńczo w bezpiecznych odstępach czasu;
• udostępnienie szczepionek monowalentnych;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do przeprowadzenia wstępnego wywiadu z rodzicami odnośnie alergii, astmy i innych chorób typu autoimmunologicznego oraz powikłań poszczepiennych u członków rodziny, co pozwoli przewidzieć, czy u danego dziecka mogą wystąpić groźne reakcje poszczepienne. Takie dziecko powinno mieć opracowany indywidualny, bardzo ostrożny program szczepień;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do monitorowania stanu zdrowia dzieci po szczepieniach, by w porę uchwycić stany zagrażające życiu lub zdrowiu dziecka;
• stworzenie narodowego programu obowiązkowej rejestracji powikłań i zgonów poszczepiennych. Dane te powinny być raportowane do WHO (a nie są) i informacje o powikłaniach powinny być zamieszczane w książeczkach zdrowia dziecka.


Tu cały list prof. Majewskiej – długi, ale polecam!

A tutaj ogromna porcja wiedzy o szczepieniach z mnóstwem odnośników do badań naukowych.

piątek, 30 marca 2012

Co myślę o szczepieniach cz.2

Czy nieszczepienie jest bezpieczne?

Na tę sprawę można spojrzeć z dwóch stron. Pierwsza – czy całkowita lub częściowa rezygnacja ze szczepień jest bezpieczna dla dziecka? Druga – czy nieszczepienie dziecka jest bezpieczne dla społeczeństwa, czy nie szczepiąc własnego dziecka nie narażamy innych?

Najpierw spróbuję odpowiedzieć na to drugie pytanie.

Rozważmy przykład krztuśca. Standardowo na krztusiec szczepi się niemowlęta (3 dawki w pierwszym roku życia), potem dzieci półtoraroczne. W ostatnich latach wprowadzono jeszcze szczepienie w 6 roku życia, przed pójściem do szkoły. Dlaczego? Jak wykazały badania (np. takie), po kilku latach od szczepionki poziom odporności na krztusiec znacząco spada. Okazuje się, że szczepionka jest „ważna”, a więc daje odpowiedni poziom odporności, tylko przez kilka lat. Co to oznacza? Dzieci 11-letnie, nie doszczepiane dodatkowo na krztusiec, a także prawie wszyscy dorośli, są w pewnym sensie w takiej samej sytuacji jak dzieci nieszczepione. Mogą oczywiście nabywać odporność na krztusiec przez bezpośredni kontakt z antygenem w środowisku (z chorymi), więc nie jest tak, że wszyscy mamy zerową odporność na krztusiec – ale nie pochodzi ona ze szczepienia. Oczywiście niemowlęta i małe dzieci są bardziej narażone na poważne konsekwencje krztuśca, ale to osobny temat – zajmę się nim później, na razie rozpatrujemy bezpieczeństwo innych. Czy dziecko nieszczepione na krztusiec, które pójdzie do przedszkola lub szkoły, naraża inne dzieci, bo może zachorować i „przywlec” chorobę? Chciałoby się przekornie odpowiedzieć, że przecież wszystkie inne dzieci są szczepione, a więc nie zachorują – niestety, skuteczność szczepionek nigdy nie jest stuprocentowa i może się tak zdarzyć. Ale tak samo, a nawet bardziej prawdopodobne jest, że krztusiec „przywlecze” do grupy przedszkolaków pani nauczycielka, bibliotekarka, sprzątaczka, kaszlący woźny zamiatający podwórko, ksiądz czy katechetka, a nawet lekarz albo pielęgniarka, przyjmujący niedawno pacjenta z krztuścem. Oni wszyscy są „nieszczepieni” na krztusiec – ich szczepienia wiele lat temu straciły skuteczność. Dziecko może zetknąć się z krztuścem w autobusie, w sklepie, w kościele, a także we własnym domu, bo rodzice przecież też ostatnio byli szczepieni w niemowlęctwie.

Podobnie wygląda sytuacja z innymi szczepionkami. Oczywiście są i takie, które dają odporność na całe życie. Tych nie trzeba powtarzać i można byłoby założyć, że szczepienia eliminują je całkowicie... gdyby były całkowicie skuteczne. A niestety nie są.

Każdy, kto domaga się obowiązkowego szczepienia wszystkich dzieci w imię dobra społecznego, powinien przede wszystkim zaszczepić się na wszystko sam, a właściwie szczepić się co kilka lat. Wtedy prawie na pewno nie będzie „rezerwuarem chorób zakaźnych”, jak określa się czasem nieszczepione dzieci.

Mówi się, że obowiązkowe, masowe szczepienia przyczyniły się do całkowitej lub prawie całkowitej eliminacji niektórych groźnych chorób, które niegdyś zbierały śmiertelne żniwo. Ale czy na pewno szczepienia i tylko szczepienia? Poniższy wykres (za: http://szczepieniakrztusiec.files.wordpress.com, na której to stronie można doczytać dużo, dużo więcej na ten temat) pokazuje umieralność na krztusiec w ostatnich 60 latach w Polsce.


Tutaj to samo, ale tylko w odniesieniu do niemowląt:

Za: http://szczepieniakrztusiec.files.wordpress.com

Nie ma wątpliwości, że od czasu wprowadzenia masowych szczepień umieralność spadła. Ale czy rzeczywiście dzięki szczepionce? Może znaczenie miały raczej wzrost higieny i ogólnych możliwości medycyny, lepsze odżywianie - i jeszcze parę innych czynników? Jak widać, umieralność spadała jeszcze przed wprowadzeniem szczepionki, a trend nie zmienił się znacząco po jej wprowadzeniu. Czy to rzeczywiście powszechne szczepienia wytępiły choroby?

Nie jestem przeciwniczką szczepień, ale nie lubię manipulacji. Pytanie z wczorajszego tekstu jest nadal aktualne. Czy można zmuszać rodziców do szczepień w imię zdrowia publicznego, jeśli wpływ szczepień lub ich braku na to zdrowie jest co najmniej wątpliwy – zdecydowana większość ludzi nie ma ważnych szczepień przeciwko chorobom takim jak krztusiec czy gruźlica, szczepienia z dzieciństwa nie mają już znaczenia dla odporności. Dlaczego więc tak upierać się przy maksymalnej wyszczepialności dzieci? Dla ich własnego zdrowia – zgoda, ale argument o zdrowiu całego społeczeństwa zupełnie mnie tutaj nie przekonuje.

czwartek, 29 marca 2012

Co myślę o szczepieniach cz.1

Nie jestem lekarzem, jestem jednak biologiem, skończyłam studia, na których uczyłam się również immunologii, mikrobiologii i fizjologii człowieka. Ponieważ mam dziecko i musiałam podjąć decyzję o tym, czy, kiedy i czym je szczepić, poszukiwałam też wiedzy na ten temat. Chciałabym tutaj zebrać te informacje oraz zestawić moje poglądy na temat szczepień, szczepionek czy tzw. ruchu antyszczepionkowego. Być może uporządkuje to komuś wiedzę, pomoże w podjęciu decyzji o szczepieniu lub nieszczepieniu dziecka. Moje dziecko zasadniczo jest szczepione, choć nie na wszystko, nie według kalendarza i niekoniecznie „standardowymi” preparatami z przychodni. Jest zdrowe i nie miało po szczepionkach żadnych poważnych odczynów. Na szczęście.

1. Czy szczepionki są bezpieczne?

Na to pytanie nie można odpowiedzieć jednoznacznie. Ktoś, kto mówi, że są bezpieczne i nie ma się czego obawiać, kłamie albo co najmniej pomija pewne fakty. Jeśli powiemy, że są niebezpieczne – też nie będzie to do końca prawda, bo większość szczepionek w większości przypadków nie powoduje skutków ubocznych, przynajmniej tych łatwo dostrzegalnych. Każda szczepionka może spowodować NOP, czyli tzw. niepożądany odczyn poszczepienny. Jeśli przeczytamy ulotkę, znajdziemy tam cały zestaw działań niepożądanych, podzielonych według częstości występowania: od bardzo częstych (1 na 10 dawek) aż po bardzo rzadkie (rzadziej niż 1 na 10000 dawek). Czy to mało czy dużo? Rocznie w Polsce rodzi się ok. 370 tys. dzieci. Jeśli założymy, że każde z nich dostaje w pierwszym roku życia 3 dawki szczepionki Engerix, oznacza to (jeśli wierzyć ulotce), że objawy grypopodobne i zawroty głowy wystąpiły w tym roku u dzieci między 11100 a 1110 razy, wysypka czy powiększenie węzłów chłonnych – między 1110 a 110 razy, a maksymalnie 110 razy – poważne reakcje, jak np. zapalenie mózgu, zapalenie stawów, porażenia, reakcje anafilaktyczne i inne. Czy to dużo czy mało? Dużo? A przecież to tylko jedna szczepionka, uchodząca za stosunkowo bezpieczną (nie jest refundowana), a dzieciaki przyjmują tych szczepionek dużo więcej, często dużo poważniejszych w potencjalnych skutkach. Mało? Tak, dość mało, biorąc pod uwagę, że to ułamki procenta wszystkich zaszczepionych dzieci. Problem się pojawia, kiedy trafi akurat na nasze dziecko.

Niepożądane odczyny poszczepienne są często lekceważone przez lekarzy. Tymczasem układ odpornościowy, reakcje immunologiczne naszych organizmów to wciąż dla nauki wielka zagadka. To, co już wiemy, to wierzchołek góry lodowej, a i to trudno objąć umysłem bez specjalistycznego wykształcenia. Dlatego nie mamy pojęcia, jakie są rzeczywiste, całościowe skutki szczepień. Znamy niektóre fakty. Większości nie znamy. Zdarza się, że po szczepieniach pojawiają się trwałe, poważne problemy zdrowotne, nie ujęte w ulotkach. Czy to tylko zbieg okoliczności, wymysły rodziców, jak chcieliby niektórzy? O tym napiszę jeszcze później.

Inny, często przywoływany problem to etylortęć używana do konserwacji w niektórych szczepionkach. Opinie na temat możliwości jej wydalania z organizmu (nie u wszystkich takiej samej) czy działania neurotoksycznego są podzielone. To wystarczy, by mieć wątpliwości.

Oczywiście, bezpieczeństwo szczepionki nie zależy od samego preparatu. Ważne są również cechy szczepionego organizmu. Ulotka wymienia niewiele przeciwwskazań: alergia na składniki szczepionki lub wysoka gorączka. Tymczasem okazuje się, że czynników zwiększających lub zmniejszających bezpieczeństwo jest o wiele więcej – ogólny stan zdrowia, zdolność organizmu do wydalania toksyn, karmienie piersią lub jego brak, a także inne czynniki mogące osłabiać organizm – silne mrozy, upały, stres... Standardowo w przychodniach przed szczepieniem pomija się dokładny wywiad lekarski. Szczepionki byłyby bezpieczniejsze, gdyby wyeliminowano główne czynniki ryzyka wystąpienia niepożądanych reakcji. Póki co, tak się nie dzieje.

I teraz pojawia się problem etyczny. Nawet jeśli założymy, że szczepionki są ważnym elementem ochrony zdrowia publicznego – bo w pewnym sensie są - czy można zmusić rodzica, żeby zaryzykował zdrowie swojego dziecka dla bezpieczeństwa społecznego?

c.d.n.

środa, 28 marca 2012

Jak kochać babcię?

Dziś temat trudny i niepopularny.

Napisano tyle książek o wychowaniu dzieci. Jak rozmawiać z dziećmi, jak rozwiązywać konflikty, jak wspierać ich rozwój... Ale nie znam ani jednej książki, która mówiłaby o tym, jak radzić sobie z ludźmi często tak samo trudnymi, dziecinnymi, tak samo wymagającymi opieki: dziadkami, babciami, prababciami, starzejącymi się rodzicami.

Dlaczego takich książek nie ma? Dzieci wychowujemy z myślą o przyszłości. Autor czy autorka piszący o wychowaniu dzieci, relacjach z dziećmi mają świadomość, że od tego zależy przyszłość świata. Dzieci wychowywane w sposób autorytarny będą posłusznymi poddanymi, żołnierzami, pracownikami. Dzieci wychowywane w sposób demokratyczny czy partnerski będą budowały świat oparty na demokracji i partnerstwie. A ludzie starsi? Od nich już nic nie zależy? Wydaje się, że nie, ale jest ich coraz więcej, coraz starszych, mają ogromny wpływ na nasze życie, naszą codzienność. Bywa, że trzeba ich karmić i zmieniać im pieluchy, to też nie są sprawy proste, ale chyba łatwiejsze niż towarzyszące starości emocje.

Teorię znamy: miłość, szacunek... Ale to tylko teoria, którą nie zawsze łatwo zastosować w konkretnych sytuacjach. Jak dogadać się z osobą, która przez pół życia mówiła nam, żebyśmy ubrali czapkę i ciepłe skarpety, a teraz to ona powinna nas słuchać, bo chodzi zimą w sandałach, a latem w przedwojennym kożuchu – tyle że zupełnie nie ma na to ochoty? Jak z szacunkiem rozmawiać z apodyktyczną teściową, która całe życie rządziła w domu, a teraz mylą jej się pory dnia, dni tygodnia i pory roku, ale nadal próbuje utrzymać swoją pozycję? Jak poradzić sobie z osobą, która nie pamięta, gdzie zostawiła własne zęby, nie mówiąc o portfelu, więc oskarża najbliższych o kradzież i opowiada o tym wszystkim sąsiadom i krewnym? Jak postępować z ojcem, który rzuca poduszkami w pielęgniarki i próbuje uciec ze szpitala? Babcią, którą trzeba przywiązywać do łóżka, żeby nie zrobiła sobie krzywdy? Dziadkiem, który uparcie zdejmuje sobie pampersa, bo przecież nie potrzebuje, a potem znowu trzeba zmieniać pościel?

Straszne to wszystko – i wszystkich nas to czeka. Niewielu dana jest piękna, spokojna, mądra starość. Nie do końca wiadomo, od czego zależy. Nie wiemy, jak się starzeć, nikt nas na to nie przygotowuje, świat raczej każe nam jak najdłużej trzymać się młodości. Może dlatego nie umiemy radzić sobie ze starością obok nas. Nie dostaliśmy instrukcji, może nie mieliśmy wzorów albo mieliśmy ich za mało, może zamykaliśmy oczy, a kiedy przyszło do konfrontacji, okazało się, że jesteśmy bezradni...

Jak znaleźć w sobie to, co potrzebne: spokój, delikatność, cierpliwość, szacunek, a jednocześnie nie stać się naiwną ofiarą czyjegoś egoizmu? Jak opiekować się bez nerwów i zawstydzenia? Jak w regresie zobaczyć rozwój, w brzydocie piękno? Jak radzić sobie z wyrzutami sumienia, kiedy w trudnej chwili pojawia się myśl „to już niedługo”?

Wiem, że wielu ludzi pyta. Ale zwykle muszą odpowiadać sobie sami.

wtorek, 27 marca 2012

Hreczka z koprzywą...

...czyli kasza gryczana z pokrzywą. Brzmi kryzysowo. W końcu przednówek i Wielki Post... Ale to chyba nie do końca tak. W dzisiejszych czasach kryzysowe składniki to biała mąka i kurczak. Czyli dawne luksusy...

Jest u nas za szopą taki kąt, w którym kiedyś był wybieg kurnika. Dawno, dawno temu, prawie tego nie pamiętam. Potem kur już nie było, a ja jako dziecko dostałam ten kąt jako "moją grządkę" - mój kawałek ogrodu, który mogę sobie uprawiać. Miejsce było cieniste, chłodne, w podłożu sporo gruzu, więc nic się tam nie udawało i nie było szkoda dawać dziecku na zmarnowanie. Jedyne, co rosło tam od zawsze bujnie i bez niczyich wysiłków, a nawet wbrew wysiłkom, to pokrzywy i podagrycznik. Minęło ponad 20 lat, a w glebie jest ciągle mnóstwo azotu - a to są rośliny azotolubne. Teraz chodzę tam nazbierać zielska na obiad. O dziwo, nie zniechęciło mnie to do prac ogrodowych.


To danie robi się podobnie jak poprzednie. Świetny sposób na gotowanie kaszy gryczanej wisi na puszce. Na czym polega sekret? Nie mieszać! Początkowo trudno się odważyć, ale nie, to się naprawdę nie przypali, tylko łyżkę trzeba trzymać z daleka. Po prostu wsypać do wrzątku, zmniejszyć ogień i czekać. Drugi sekret to olej lniany - ja dodałam olej rydzowy, czyli olej z lnianki, czyli olej z lnicznika. Kiedyś była to na naszych ziemiach jedna z podstawowych roślin oleistych. A teraz - nikt nie wie co to, a ma bardzo dużo omega-3. Oczywiście wartości swoje objawia na surowo, dodany do kaszy na końcu.


Na patelni poddusiłam dużą pokrojoną cebulę, opłukaną pokrzywę (trochę było czuć piasek, broniłam się że to żelazo) i podagrycznik, do tego ugotowaną kaszę, pieprz, gałkę muszkatołową, chwilę dochodziło na ogniu, potem wyłączyłam i wymieszałam z olejem rydzowym. Na koniec posypałam kaszę z pokrzywą startym serem, przykryłam i pojechałam po rodziców na stację. Jak wróciłam, było gotowe.

poniedziałek, 26 marca 2012

Pęczak z dzikim zielskiem

Kiedyś myślałam, że pęczak jest trudny w przygotowaniu i długo się gotuje. A to nieprawda. Pęczak gotuje się tak jak każda inna kasza albo ryż. A jest naprawdę świetny. Przypomina trochę coraz popularniejszy bulgur, czyli grubą arabską kaszę z pszenicy. Tyle że jest w każdym sklepie, a bulgur trudno dostać.


Kiedy kilka dni temu robiłam zupę z dodatkiem pierwszej wiosennej zieleniny, musiałam się dobrze naszukać, żeby naskubać dwie garście listków do zupy. Dzisiaj za oknem jest już naprawdę zielono, wszystko błyskawicznie wychodzi z ziemi! W kilka minut uzbierałam ilość potrzebną na obiad. Tym razem bez pokrzywy – tylko mniszek, dużo podagrycznika (teraz jest najsmaczniejszy), trochę krwawnika i szczypiorku.


Opłukane zielsko razem z pokrojonym drobno porem wrzuciłam na patelnię na sklarowane masło. Kiedy wymieszało się z tłuszczem i podsmażyło delikatnie, dodałam ugotowane na parze warzywa korzeniowe (marchew, pietruszka, seler) i ugotowany pęczak. Pieprz, gałka muszkatołowa, trochę soli – i tak sobie dochodziło na patelni pod przykryciem jeszcze parę minut.

niedziela, 25 marca 2012

Wizyta w rezerwacie...

Kiedy byliśmy mali, tak mali, że pokrzywy i jeżyny bujały nam nad głową, nazywaliśmy ten rezerwat Lasem Chaszczowym. Naprawdę nazywa się Kręcki Łęg. Dzisiaj rezerwat odwiedziło nowe pokolenie - kawałek rowerami, a potem rowery w krzaki - i piechotą, przez nasyp, las sosnowy... i już byliśmy w łęgu. A tam kwitnący wawrzynek, łany przekwitających przebiśniegów i pierwsze zawilce.



Kwitnący wawrzynek wilczełyko. Trujący i chroniony - tylko do patrzenia i wąchania.

Przełażenie przez pień. I jeszcze raz. I jeszcze raz. To lepsze niż plac zabaw!

Co żyje w martwym drewnie?

Piękny nastał czas. Teraz co tydzień będzie można tu przyjeżdżać i za każdym razem odkrywać coś nowego...

sobota, 24 marca 2012

Mądrzy ludzie żyją w brudzie...

...i pozwalają na to również swoim dzieciom ;-)

To wiadomo od dawna, tyle że teraz zespół amerykańskich i niemieckich naukowców odkrył mechanizm prozdrowotnego działania brudu we wczesnym dzieciństwie.

Według artykułu w Science, wczesna ekspozycja na zarazki chroni przed astmą, alergiami i autoimmunologicznymi chorobami jelit (jak na przykład CU).

Doświadczenia nie były oczywiście przeprowadzane na dzieciach, którym pozwalano albo nie pozwalano jeść ziemię czy taplać się w błocie, ale na myszach, które hodowano w środowisku wolnym od mikrobów albo eksponowano na ich stardardowy zestaw. Okazało się, że w płucach i jelitach sterylnych myszy gromadziły się komórki iNKT - rodzaj limfocytów (białych krwinek) o dość słabo poznanej funkcji - obecnie intensywnie się je bada. Z nagromadzenia iNKT wynikała większa zachorowalność na astmę i zapalenie jelit.

Jak przyznał jeden z autorów artykułu, żaden człowiek oczywiście nie żyje w tak sterylnym środowisku jak laboratoryjne myszki, więc nie można dosłownie przekładać wyników badań na nasz stosunek do higieny. Ale warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz - ekspozycja dorosłych myszek na zarazki nie miała większego znaczenia dla ich zdrowia. Ważne było, żeby to małe myszki ze swoim kształtującym się dopiero układem immunologicznym najadły się odpowiednich bakterii.


Badania to kamyczek do ogródka "hipotezy higienicznej", według której za wzrost zachorowań na astmę i alergie w ostatnich dziesięcioleciach odpowiedzialny jest sterylny tryb życia. Jest to jedna z wielu hipotez, było już wiele badań potwierdzających ją lub wręcz przeciwnie - osobiście darzę tę hipotezę dużą sympatią ;-)

Proszę nie dzwonić po pomoc społeczną ani policję. Po powrocie z dworu myjemy rączki ;-)

piątek, 23 marca 2012

Naleśniki gryczane

Uwielbiam mąkę gryczaną. Za kaszą gryczaną paloną nie przepadam, niepaloną lubię, ale mąka jest jednym z moich ulubionych składników w kuchni. Trudno to kupić, w zwykłych sklepach praktycznie nie ma, Tomasz ze sklepu ze zdrową żywnością w Zbąszynku odgraża się, że może nie będzie już jej miał w sprzedaży – byłaby wielka szkoda! Chyba że zacznę siać grykę i mielić...

Z mąki gryczanej (zwykle zmieszanej z pszenną) wychodzą doskonałe muffiny (np. z rodzynkami), ale chyba najwspanialsze są wszelkie gryczane bliny i naleśniki. Niedawno właśnie takie były na obiad. Robi się je właściwie tak jak zwykłe naleśniki. Tyle że mają łagodny gryczany posmak, który nadaje im charakteru. I dużo więcej dobra w postaci witamin i minerałów, na przykład żelaza.

Potrzebne są dwie szklanki mleka albo szklanka mleka i szklanka wody (tak ja robię), albo sama woda, albo mleko ryżowe czy sojowe... Do tego wbijamy jajo, koniecznie od kury oglądającej słońce i grzebiącej w ziemi, jak ma być klatkowe, to lepiej wcale. I teraz dodajemy mąkę – w sumie kilka czubatych łyżek, jeśli damy samą gryczaną, będą bardziej charakterne, jeśli zmieszamy z pszenną, łagodniejsze i bardziej tradycyjne. Pół łyżeczki sody, niekoniecznie, ale to dobrze naleśnikom robi. Szczypta soli (byle nie drogowej), 2-3 łyżki oliwy... Miksujemy do konsystencji gęstej śmietany, czyli do konsystencji ciasta na naleśniki. Smażymy na patelni posmarowanej delikatnie sklarowanym masłem albo innym tłuszczem.

My zjedliśmy z farszem pieczarkowym, a na koniec z owocami. Dziecię tylko z owocami, a dokładniej z powidłami śliwkowymi z roku 2009 (to był dobry rok na śliwki), które to powidła budzą w nim jakiegoś dzikiego powidłowego potwora z palcem wyciągniętym w kierunku słoika, powtarzającego coraz natarczywiej am, am, am, am, aaaam!!!

czwartek, 22 marca 2012

Światowy Dzień Poezji

...był wczoraj.

Zapachy wiosny

Czym ona pachnie? Przetacznikiem
albo jasnotą purpurową
i oziminą, i tasznikiem
i fiołkiem, zapachem fiołkowym.

Pachnie święconką wielkanocną,
jajkami, masłem i kiełbasą,
pachnie trawami, które rosną,
pachnie mchem, liśćmi... pachnie lasem...

I dymem z ognisk, i wiśniami,
drzewami, które kwitną w sadzie,
pachnie ludzkimi marzeniami,
czy jest piękniejsza rzecz od marzeń?

1993

W radiu byłam...

...a dokładniej w Merkurym, gdzie w „Rozmowach po zachodzie” rozmawiałam z panią Iloną Szwajcer. Godzina minęła błyskawicznie, ale i tak udało się poruszyć parę ważnych tematów raczej nieobecnych na co dzień w mediach.

O wiośnie rozmawiałyśmy, o jej oznakach i śladach, o przebiśniegach, śnieżycach, leszczynie, skowronkach, pliszkach, ziębach, bocianach, czaplach, żurawiach, a nawet o potrzeszczach, co u nas ciągle pospolite, a w niektórych landach w Niemczech swojego czasu prawie wyginęły.

O ekologach i ekoterrorystach, o tym po co niektórzy włażą na kominy i co z tego dobrego wynika.

O ludziach z bagien i ucieczce od cywilizacji.

O pszczołach i o tym, że trudno jest czasem wytłumaczyć, dlaczego jesteśmy częścią przyrody, a ona jest częścią nas. Że to takie banały podparte wiedzą naukową o tak złożonych zależnościach, że czasem trudno ogarnąć je umysłem, a co dopiero krótko objaśnić.

O tym, czemu warto z dzieckiem pójść do lasu, czemu drzewo może być lepsze od placu zabaw, a kałuża od basenu.

O tym, że nie przepadam za pająkami :-) I że właściwie to je lubię, ale jakoś tak... na odległość.

O parkach narodowych, o inicjatywie ustawodawczej, na czym dokładnie ma polegać zmiana ustawy i czemu nie może zostać tak jak jest.

O globalnym ociepleniu, że jest na pewno, tylko nie wiadomo, czy nasze próby zatrzymania rozpędzonych zmian mają szanse powodzenia.

Nawet o biciu dzieci było – że są takie głupie książki i że bicie jest przestępstwem.

A na koniec pojawił się duch profesor Simony Kossak, z czego bardzo, bardzo się ucieszyłam. Bo to znaczy, że rozmów i gawęd na te tematy bardzo brakuje.

wtorek, 20 marca 2012

Nie wolno bić dzieci...

...a klaps to też bicie. Bicie, upokorzenie, brak szacunku. Nawet dzieci w przedszkolu wiedzą, że nie bije się młodszych i słabszych. Ani w ogóle nikogo.

Ostatnio głośno się zrobiło o paru książkach, wydanych przez chrześcijańskie wydawnictwa i opartych na dosłownej, dość wybiórczej i prymitywnej interpretacji Pisma Świętego, według których Bóg życzy sobie okładania półrocznych niemowląt rózgą, gdy wiercą się przy przewijaniu. Cytować i rozpisywać się na ten temat nie warto, zainteresowanych odsyłam do strony na facebooku. W tym momencie książki są wycofywane z księgarni jako nawołujące do przestępstwa.

Książki jak książki, ale w sumie bardziej przerażające są wypowiedzi rodziców w komentarzach w różnych miejscach w sieci. Że święte prawo rodzica. Że tradycja. Że depczemy sprawdzone przez wieki metody wychowawcze. Że wychowamy bandytów, co na głowę nam wlezą. Że bezstresowe wychowanie. I tak dalej. I że na pewno wszyscy rodzice biją, tylko jedni się przyznają, a inni, hipokryci, leją po cichu.

Fundacja Dzieci Niczyje wypuściła ostatnio bardzo fajny filmik "Zamiast klapsa". O tym, jak nie stracić panowania nad sobą, jak reagować na trudne sytuacje, a przede wszystkim - jak wychowywać bez przemocy. Nie bezstresowo, ale właśnie bez przemocy. Kilka prostych, niby oczywistych rzeczy (choć nie dla wszystkich!) zebranych w jednym miejscu.

poniedziałek, 19 marca 2012

Jedzenie według pór roku

Tytuł miał być "dieta według pór roku", ale dieta kojarzy się... hmm, odchudzanie, wyrzeczenia, ograniczenia, a to nie ma z tym nic wspólnego.

Gdybym miała w kilku słowach streścić swoją filozofię jedzenia i gotowania, powiedziałabym tak:

Wiosną - jedz liście.
Latem - jedz owoce.
Jesienią - jedz korzenie.
Zimą - jedz nasiona.

Oczywiście trudno żyć samymi liśćmi przez trzy miesiące, chociaż pewnie byłoby to zdrowsze niż jedzenie hamburgerów, frytek i popijanie colą ;-) Chodzi o centrum, coś co pojawia się w każdym posiłku, coś typowego dla danej pory roku. Sezonowym częściom roślin towarzyszą produkty z sąsiadujących pór roku: wiosną będą to nasiona z zimy (szczególnie wczesną wiosną) i owoce z lata (szczególnie późną wiosną). Najmniej będzie jesiennych korzeni.

Jeszcze będzie o tym więcej :-)

niedziela, 18 marca 2012

Pierwsza wiosenna niedziela...

...ależ pięknie się zrobiło.

Wreszcie, wreszcie wiosna.

I kurki wreszcie więcej zielonego poskubią...


I pranie wreszcie można na wiatr i słońce wywiesić, pieluchy po zimie odkazić trochę i wybielić słonecznym ultrafioletem ;-)


Byliśmy na łące, naszej łące, którą kupiliśmy w zeszłym roku, w dolinie Leniwej Obry. Ze wszystkich stron krzyczały żurawie, w lesie obok śpiewały zięby, sikory, kosy, szpaki... Stach skubał zielsko (nie zjadał na szczęście, za to ja owszem, trudno było się oprzeć młodym listkom szczawiu i rzeżuchy łąkowej) i eksplorował kretowiska. Niestety melioranci urządzili mały remont rzeki - pousuwali drzewa wywrócone przez bobry, wykosili trochę roślinności z dna i rozłożyli na brzegu. Mogło być gorzej, ale i tak szkoda, rzeka - obecnie wyprostowany kanał - pięknie się renaturyzuje, przy powalonych drzewach odtwarzają się meandry. Zresztą na tym odcinku miała być wykonywana renaturyzacja rzeki w ramach kompensacji za budowę autostrady przez obszar Natura 2000 i zniszczenie siedlisk. Melioranci udają, że o tym nie wiedzą...

Wody w Leniwej Obrze sporo, ale mniej niż w zeszłym roku o tej porze.

W domu czekała na nas wczorajsza zupa i ognisko. A wieczorem przyszła burza. Nagle przyszła, niespodziewanie, pobłyskała, pohuczała, światło zgasło na chwilę, uderzyła w szyby ulewą i wichurą - i poszła. Wiosenna, nagła, szybka burza.

sobota, 17 marca 2012

Zupa na klęczkach

Znowu będzie kulinarnie. Mimo gryczano-fasolowych klimatów nie da się ukryć, że jest wiosna. Śpiewają skowronki, sikory, kosy, szpaki, a ponoć nawet zięba. Gęsi lecą całymi kluczami, żurawie krzyczą z łęgu. Pachnie ziemia. Dziś była pierwsza taka wiosenna sobota. Posialiśmy szpinak, posadziliśmy cebulę... Byle teraz nie zmarzło.

Zupa nazywa się tak jak się nazywa nie dlatego, że trzeba ją na klęczkach zjadać, ale dlatego, że na klęczkach zbiera się jej tajemne składniki. Bo z pozycji wyprostowanej właściwie ich nie widać. Pierwsze, maciupkie listki mniszka, krwawnika, szczawiu, podagrycznika, pokrzywy, bluszczyka kurdybanka, gwiazdnicy, do tego wieloletni szczypiorek... Naskubałam tego ledwie dwie garście na pierwszą prawdziwie wiosenną zupę.

Najpierw gotujemy prosty warzywny rosołek. Dużo marchewki, jakiś kawałek cebuli, mały ząbek czosnku, może być pietruszka albo seler, ja wrzuciłam jeszcze parę brokułów z zamrażarki. Jako tłuszcz dodajemy oliwę z oliwek lub masło. Solimy, pieprzymy - i na sam koniec gotowania wrzucamy dokładnie opłukane zielsko. Gotujemy 2 minuty, doprawiamy gałką muszkatołową - gotowe.

I dalej można różnie. Można z grzankami, można zabielić śmietaną. Ja ułożyłam w talerzu połówki mini-mozarelli i zalałam zupą. Pasowało.

piątek, 16 marca 2012

Pierogi fasolowo-gryczane

Przedwiośnie w kuchni. Z czym się kojarzy? O nie, to wcale nie nowalijki, chrupiące marcheweczki, cieniutkie pietruszeczki, botwinka, szpinaczek - te pojawią się dopiero w czerwcu, chociaż w sklepach pewnie wcześniej.W marcu najwyżej wyłażą spod ziemi pierwsze maciupkie pokrzywy, pierwsze listki mniszka czy krwawnika (będzie i o nich), kiełkuje dopiero sałata i rzodkiewka, owszem, można sobie kiełki produkować na parapecie, szczypiorek pędzić z cebuli, ale to najwyżej dekoracja do kanapki albo składnik surówki. Tak naprawdę w kuchni rządzą jeszcze rzeczy zimowe, zimujące, przechowujące się w kopcach, piwnicach albo w postaci nasion. Takie też są te pierogi. Przedwiosenne, przednówkowe, na ostateczne pożegnanie zimy.

Składniki farszu:
fasola adzuki lub inna drobna - 100 g
kasza gryczana niepalona - 200 g
1 cebula
1 marchew
oliwa
sól, pieprz

Składników i przepisu na ciasto nie podaję, każdy robi pierogi swoim niezawodnym sposobem. Ja zrobiłam z mąki białej pół na pół z razową i wyszły trochę podeszwowate, twarde, nawet po dość długim gotowaniu. Ale kleiły się nieźle.

Fasolę namoczyć (niekoniecznie) i ugotować wcześniej, odcedzić, ale wody nie wylewać. Cebulę pokroić dość drobno, podsmażyć, dodać pokrojoną w półplasterki marchew, kaszę, wlać wodę z fasoli, uzupełnić jeszcze trochę wody, posolić i gotować aż kasza i marchewka zmięknie. Wtedy dodać fasolę, popieprzyć zdrowo (ja oczywiście doprawiłam za mało, jak zwykle, odruchowo przyprawiam pod dziecko), dosolić jeszcze jeśli trzeba. Lepić pierogi i gotować.

Pierogi są zasadniczo wegańskie, ja odsmażyłam je na sklarowanym maśle i pomazałam jogurtem, przez co wegańskość straciły, ale myślę że można to zastąpić/pominąć.

Smacznego :-)

pierogi

Kim jest kura...?

Każda kurka swój ogonek chwali. I kurnik swój chwali, i jajeczka.

Zapraszam więc do mojego kurnika. A w nim - wszystko po trochu.

Kura jak to kura, siedzi, wysiaduje, obiady gotuje, sprzątać nie umie i nie lubi, ale razem z kogucikiem i mimo obecności kurczęcia jakoś kurnik swój ogarnia.
O jedzeniu będzie pisać. Jest kurą wegetariańską, jak na kurę przystało. O piciu też. O sprzątaniu może przy okazji.

Kura grzebie. W ziemi grzebie, czosnek już w tym roku posadziła. Piękne kwiaty doniczkowe, zielone okna, balkony i parapety jakoś się kurze nigdy nie udawały, ale o ogrodzie, warzywach, ziołach, drzewach owocowych też będzie, i to sporo.

Kura jest wiejską kurą. Co prawda pod oknami jeżdżą tiry, a we wsi została może jedna krowa, ale kura hoduje. Hoduje... kury. I pokrzywy pod płotem. Marzy też o kozach, swojskim mleczku i śmierdzących serach.

Kura zna się na zielskach. Znajomością tą na chleb zarabia. Jeździ w teren, po lasach, łąkach i bagnach się włóczy, a potem ślepi godzinami przed ekranem i przerabia te lasy, łąki i bagna na tabelki, cyferki i formularze. O przyrodzie i jej ochronie kura zawsze chętnie gdacze. A na gdakaniu się nie kończy.

Kura w piórka już nieźle obrośnięta, a sadełkiem domowym jeszcze nie za bardzo, więc i poleci czasem trochę wyżej. Książkę przeczyta. Niekoniecznie kucharską albo dziecku. Napisze coś. Wkręci się w dyskusję. Zaangażuje.

Czasem chciałaby się zająć tworzeniem, pisaniem, malowaniem, sztuką tak zwaną, czasem nawet siądzie do tego, kartkę przygotuje albo plik czysty, papier rozłoży, farby, ale tam już rzeczywistość gdacze... Ko ko ko... Pranie wstawić, ko ko ko... Ekspertyzę skończyć, mapkę zrobić, telefon odebrać, ko ko ko... Kury, psy, męża, dziecko nakarmić, ko ko ko... Zupę zamieszać, ko ko ko... Oj, kiedyś to łatwiej przychodziło...

Zapraszam do czytania!