czwartek, 26 grudnia 2013

* * * (kiedy pasterze odeszli)

kiedy pasterze odeszli i zabrali zwierzęta
gorące mięsem i mlekiem matka i dziecko zasnęli
na sianie w kącie stajni czekałem na anioła
lecz przyszedł tylko pies czarny płonący smolistą sierścią
i patrzył na mnie czujnie a czym jutro nakarmisz
pustkę? którą drogą ciemną powiedziesz gwiazdę?

królowie poszli dalej śnieg zasypał wielbłądy
więc prowadź przyjacielu biegnij przodem aż znajdziesz
ślad na wilgotnej trawie na piasku i jeszcze niżej
wyryty ogniem na skałach i wodach o świcie
zgaśnie iskra nad głową dziecka niech się zbudzi
pustka

prowadź ją głodną w dół w ciemność prowadź prowadź



2009

środa, 25 grudnia 2013

Katoliczka za prawem do aborcji

Jestem katoliczką i jestem za prawem kobiet do bezpiecznej i legalnej aborcji. I piszę to w Boże Narodzenie, które doszło do skutku, bo Maryja powiedziała "tak, urodzę". 

Maryja miała wybór. Mogło być przecież tak, że nikt by Jej nie zapytał o zdanie. Kobieta ma rodzić i koniec, w stajni na sianie, między zwierzętami - taki jej los i przeznaczenie, do tego służy, prawda? A jednak i Ona mogła zdecydować. Była podmiotem. Dostała wsparcie od Boga i od swojego partnera. I wybrała. 

Kobiety zawsze usuwały ciąże. Odkąd staliśmy się ludźmi (zresztą zwierzęta również usuwają). I zawsze będą to robić. Pytanie, w jakich warunkach i na jaką skalę. Restrykcyjna ustawa antyaborcyjna nie zmienia liczby przeprowadzanych aborcji. Nie zmniejsza się skala zjawiska, aborcje nadal są wykonywane. Zmieniają się tylko warunki, na jakich i w jakich kobietom przychodzi to robić. Czy w szpitalu, czy w piwnicy, czy pod opieką, czy opuszczona przez wszystkich. Czy bezpieczeństwo uzależnione jest tu od pieniędzy, czy nie jest. Czy jest kontrola nad tym zjawiskiem, czy jest poza wszelką kontrolą.

Oczywiście, wielu jest takich, którzy powiedzą "zabija swoje dziecko, więc niech się wykrwawia, niech płaci, niech zdycha suka". Chrześcijanie, przemyślcie swoje chrześcijaństwo. 

Można powiedzieć - przecież ludzie od zawsze zabijają, kradną i gwałcą, to może uświęcimy prawem również zabijanie, kradzieże i gwałty? To nie takie proste. Nie wszystko, co uważamy za złe, powinno być zakazane, nie zawsze zakaz jest najlepszą drogą. Zły może być też alkohol, a wiemy, do czego prowadzi prohibicja. Jestem wegetarianką, a jednak nie uważam, że należy natychmiast zakazać rzeźni i sprzedawania mięsa. Katolicy uważają za zło rozwody, seks przed ślubem i niechodzenie do kościoła - będziemy wsadzać za to do więzienia? To, czy zarodek jest człowiekiem, nie jest etycznie i filozoficznie jednoznaczne. Dla kogoś jest, dla kogoś nie jest. Dla mnie wszystkie moje ciąże od początku były "dziećmi" i tak to widzi wiele kobiet, niezależnie od światopoglądu, również ateistek. Ale w społeczeństwie mocno różnimy się w tej kwestii. Sprawa jest bardzo delikatna. Zależy również od odczuć samej ciężarnej kobiety.

Aborcja zawsze stanowi dramat i tym na zawsze pozostanie. Z tego właśnie względu, jeśli projekt, który właśnie został Państwu przedłożony, bierze pod uwagę stan faktyczny, jeśli dopuszcza on możliwość przerwania ciąży, to w takim celu, by sprawować nad tą praktyką kontrolę i - o ile to możliwe - odradzać kobietom dokonywanie aborcji - mówiła w 1974 r. Simone Veil, francuska minister zdrowia, przedstawiając swój projekt ustawy przed Zgromadzeniem Narodowym. Nie można formalnie odradzać czegoś, co jest zakazane i karalne.

Chodzi o godność kobiet. 
Chodzi o wybór, o podmiotowość. 
Chodzi o bezpieczeństwo - zdrowie i życie kobiet.

Tak, to drugie życie jest ważne. Życie zarodka, życie dziecka. Ale to też są ważne wartości. Również z chrześcijańskiego punktu widzenia. Nie można ich zlekceważyć, uznać za niższe, nieważne. 

Zamiast zakazywać, lepiej regulować. Dbać o standardy. Ważna jest edukacja seksualna, wszechstronna, zarówno ta "abstynencka", jak i "biologiczna", prowadzona powszechnie, rzetelnie i bez ściemy. Antykoncepcja - kolejny trudny temat, ale wiedza o zapobieganiu ciąży - czy to za pomocą metod naturalnych, czy innych - to podstawa zapobiegania aborcji. Większość społeczeństwa nie ma zresztą zielonego pojęcia o metodach naturalnych, liczba mitów na ten temat jest niebotyczna, również wśród wykształconych ludzi. Opieka nad kobietami w ciąży i w ogóle parami/rodzinami w ciąży (bo czasem aborcji chce facet), wsparcie materialne, psychologiczne, wszelkie. Ludzkie warunki porodu. Opieka nad kobietami po porodzie, wsparcie psychologiczne, materialne, wszelkie, również dla kobiet, które chcą dziecko oddać. Likwidacja domów dziecka, adopcja, która wciąż jest tabu i marginesem, a od katolików częściej słyszy się, komu dzieci nie dawać do adopcji, niż jak realnie zwiększyć jej znaczenie. 

To wszystko nie zlikwiduje całkowicie aborcji, ale zmniejszy ich liczbę. Zakaz nie zmniejsza liczby. Zmniejsza kontrolę, bezpieczeństwo, a zwiększa poziom hipokryzji.

Chodzi o to, żeby każda kobieta mogła powiedzieć - tak, urodzę. Nie dlatego, że inna decyzja czyni mnie przestępczynią, naraża na utratę zdrowia, a nawet życia. Nie dlatego, że ktoś zadecydował za mnie, nie dlatego, że muszę. Dlatego, że mogę, że chcę, bo tak świadomie i legalnie wybrałam. 

wtorek, 24 grudnia 2013

Pewnej nocy przed Wigilią...

Wyobraźcie sobie szare blokowisko, bez drzew, trawników, ławeczek, alejek, placów zabaw, za to z mnóstwem podejrzanych ciemnych przejść, przewróconych śmietników, cuchnących kałuż i kawałków gruzu. Jest druga w nocy. Teraz wyobraźcie sobie jeden z najbardzej ponurych bloków na tym osiedlu, wysoki, kilkunastopiętrowy wieżowiec, odrapaną, złowrogą bryłę, w środku jeszcze brzydszą niż na zewnątrz. Wyobraźcie sobie plątaninę korytarzy, których nikt nie sprząta, ściany z odchodzącym tynkiem, zabazgrane i poznaczone śladami ciężkich butów. Jeśli jeszcze macie ochotę sobie cokolwiek wyobrażać, pomyście o najciemniejszym, najbrzydszym, najbardziej cuchnącym zaułku w tej plątaninie, o przejściu między korytarzem a schodami na piątym piętrze, zarzuconym stertą ulotek, butelkami, petami i łupinami słonecznika. Właśnie to miejsce pewnej nocy wybrał sobie diabeł. A była to noc tuż przed Wigilią, kiedy ciemne moce wyjątkowo chętnie przechadzają się po świecie.

Diabeł nie musiał oczywiście korzystać ze schodów ani windy, nie musiał przemykać się między blokami, nie musiał oglądać się, czy nie idzie za nim grupka zakapturzonych typów z pałkami bejsbolowymi w rękach, nie musiał też uważać, żeby nie potknąć się o leżącego na trawniku pijaczka. Po prostu pojawił się w najciemniejszym, najbrudniejszym zaułku korytarza w najbrzydszym, najbardziej odrapanym bloku na najbardziej ponurym i podejrzanym osiedlu w mieście. Pstryk – i już był. W jednej ręce miał wiadro smoły, a w drugiej – wiadro siarki. I zabrał się do dzieła.

Nie był jednak bezpieczny. Jego śladami od dawna podążał jeden z wytrwalszych anielskich detektywów, tropiciel i łowca, zawsze czujny, bezwzględny i od wieków tak samo skuteczny, z ognistym mieczem drgającym w gotowości w pochwie. Nigdy nie zlekceważył żadnej wskazówki, nie opuścił żadnego śladu, z uwagą przeglądał ludzkie myśli, sny, analizował zamiary i dzieła, szczególnie zwracając uwagę na pobudki i inspiracje. Diabeł zostawiał wiele śladów, czasem nawet zbyt wiele, łatwo było się w nich poplątać, zagubić, pomylić dobro ze złem czy piękno z brzydotą. Ale wytrawne oko anielskiego detektywa odróżniało diabelskie wytwory bez trudu. Od kilku dni był na tropie. Diabeł wiedział o tym i dlatego tak się spieszył. O czwartej nad ranem prawie skończył. Spojrzał na puste wiadra po smole i siarce, a potem na swoje dzieła. Był zadowolony. Miejsce okazało się idealne. Nad głową, piętro wyżej usłyszał dźwięk budzika – ktoś wstawał do pracy. Wkrótce ludzie obudzą się, a wtedy...

Nagle usłyszał odgłos kroków. Początkowo pomyślał, że to jakiś człowiek wyszedł już z mieszkania (dlaczego oni tak wcześnie wstają?), zmartwił się nawet trochę, że jego dzieła jeszcze dobrze nie ostygły, a już będą musiały mierzyć się z zadaniami, jakie chciał przed nimi postawić. Ale krokom towarzyszyło coś jeszcze, coś, co sprawiło, że diabeł – jeśli to w ogóle możliwe – dostał gęsiej skórki. I zaczął się pocić.
Lekki szum anielskich skrzydeł.

Diabeł zaklął brzydko, bardzo brzydko, tak jak tylko diabły potrafią. Zerwał z grzbietu kawałek brudnej szmaty, pozbierał do niej to, co stworzył, zawinął, złapał wiadra i rzucił się do ucieczki, bo szum przeszedł w huk, a w głowie zagrzmiał mu przeraźliwy głos trąb. Niestety, zapomniał, że na czas pracy stał się realny, materialny, tracąc tym samym zdolność przenikania przez ściany i z całej siły wyrżnął głową o drzwi przeciwpożarowe – oczywiście zamknięte na solidną kłódkę (klucz u dozorcy na parterze). Skoczył w górę, tym razem rozbijając sobie głowę o licznik gazu i rozsypując zawartość zawiniątka. Za sobą czuł piekące gorąco, widział światło, złote światło bijące z postaci, która stała tuż za nim z uniesionym ognistym mieczem, odcinając mu drogę ucieczki. W końcu zaklął jeszcze raz, tak okropnie, że jedyna szyba w korytarzu jęknęła i pękła – i zniknął.

Teraz anioł miał ochotę zakląć, ale nie zrobił tego, bo był aniołem. Rozejrzał się po okopconych ścianach, wciągnął w złociste nozdrza zapach spalenizny i skrzywił się lekko. Nagle usłyszał popiskiwanie – na ziemi pod jego stopami z brudnej szmaty wygrzebywały się małe kulki, czarne jak smoła, miejscami znaczone żółtymi siarkowymi smugami. Uniósł miecz... i opuścił go. Diabliki – a było ich sześć – patrzyły na niego czerwonymi, jarzącymi się ślepiami, w których nie było nic prócz mieszaniny ufności z lękiem. Nieporadnie rozpełzły się po korytarzu. Jeden z nich wygiął się w łuk i zrobił maleńką, ale cuchnącą kupę.

- No i co ja mam z wami zrobić? - powiedział anioł łagodnie. - Przecież nie wolno zabijać niewinnych stworzeń. A wy jesteście niewinne, chociaż stworzył was ten, od którego biorą się wszystkie winy.

Wyciągnął szlachetną, białą dłoń w kierunku jednego z diablików. Mały przytulił się, zapiszczał, a potem z całej siły wbił się w nią ostrymi jak igły ząbkami. Po czym odskoczył i uciekł w kąt. Anioł pokręcił głową i westchnął.

- Nie można was tak zostawić – powiedział. - Narobicie wiele złego. Przynajmniej w tej postaci.

Anioł-detektyw podjął decyzję. Ostrożnie, starając się unikać ostrych ząbków, wziął każdą ze smolisto-siarkowych kulek na ręce i chuchnął na nią. Na koniec pstryknął palcami. W korytarzu na chwilę zrobiło się jasno i ciepło, zapachniało mlekiem. Po chwili światło zniknęło, zapach mleka rozpłynął się w powietrzu. Zniknęła także potężna, złocista postać. Po podłodze pełzało sześć małych, kudłatych, czarno-podpalanych piesków. Po chwili przytuliły się do siebie, zbiły ciasno w jedną kupkę i tylko popiskiwały cicho. Diabelsko-anielskie dzieła czekały na swój przyszły los.

Opowieść napisana w 2008 na faktach autentycznych, które miały miejsce tuż przed Wigilią 2005 w bloku na os. Chrobrego w Poznaniu. Jedno z diabelskich stworzeń o imieniu Wika mieszka z nami do dziś i przed chwilą domagało się wypuszczenia na dwór. Zarówno diabelskie, jak i anielskie cechy wciąż dają się zauważyć.

2005/2006, fot. Kinga Michałowska

luty 2006, fot. Elżbieta Orhon-Lerczak

2007

2008

2010

2012

2013

czwartek, 12 grudnia 2013

Zabić szczura...?

"Jedne kochasz, inne zabijasz..." - mówi jedno z prozwierzęcych haseł. Kochamy psy, koty, chomiki, chociaż też nie wszędzie i nie wszystkie. Ale generalnie mają one coraz więcej praw, nie wolno ich zabijać, okrutnie traktować, te bezdomne żyją w schroniskach, różne fundacje i dobrzy ludzie szukają im domów, podpisują umowy adopcyjne z przyszłymi właścicielami, na których ciąży coraz większa odpowiedzialność za los zwierząt. I dobrze. Przybywa wegetarian i wegan, którzy nie chcą przyczyniać się do śmierci i cierpienia świń, krów i kur, ani bezpośrednio, przez spożywanie ich mięsa, ani pośrednio - produkcja jaj i nabiału, zwłaszcza ta przemysłowa, to też ogrom okrucieństwa i śmierci. I zawsze znajdzie się jakiś walczący mięsożerca, który złośliwie zapyta - a komary zabijasz? A odpowiedź zwykle brzmi - nie sprowadzajmy wszystkiego do absurdu.

Tyle że to nie jest absurd, cierpienie i śmierć nie jest absurdem, nawet jeśli dotyczy komarów, kleszczy, wszy, karaluchów, wołków zbożowych, ale też tak podobnych do nas zwierząt, jak myszy i szczury. Czy to znaczy - nie zabijać, nie tępić "szkodników", dać się zeżreć razem z kośćmi i butami? Nie, to nie znaczy. Ale nasze człowieczeństwo zobowiązuje nas co najmniej do jednego. Do refleksji, zastanowienia, rozważenia. Czy to naprawdę konieczne? Czy nie da się inaczej?

* * *

W zeszłym roku mieliśmy w kurniku inwazję myszy. Bywało, że z nieszczelnego pojemnika na ziarno uwalniałam ich 25! Nie robiliśmy nic. Przyszła wiosna, myszy w większości się wyniosły. Pewnie, było trochę szkód. Ale kilogram ziarna kosztuje niecałą złotówkę. To nie są ogromne straty, na które nie możemy sobie pozwolić. Stoją żywołapki, jak się mysz złapie, to wynosimy na pola, ale pewnie szybko wracają.

Ale jesienią w kącie pojawiła się nieco większa nora i nieco większe odchody. Podejrzewaliśmy, co to za stwór, choć do tej pory nigdy nie przyłapaliśmy go osobiście. A kilka dni temu poświeciłam wieczorem latarką na dziurę i zobaczyłam znikający w niej długi, ciemny, łysy ogon. I nie był to mysi ogonek. Zgasiłam latarkę, postałam chwilę nieruchomo, po czym zaświeciłam znowu. Szczur siedział koło nory, szary, niezbyt duży, bardzo ładny. Spojrzał w oślepiające światło, po czym powoli schował się w dziurze.

Próbowaliśmy przypomnieć sobie jakąś książkę czy film, gdzie szczury opisane byłyby jakoś pozytywnie. Poza "Zadziwiającym Maurycym..." i jeszcze paroma wątkami w innych książkach Pratchetta, nic jakoś nie przychodziło nam do głowy (chociaż na pewno coś jest). No, może jeszcze Shrek, gdzie występują jako smakowite danie. Generalnie szczury przedstawiane są jako te złe, przerażające. Roznoszą dżumę, pożerają żywcem ludzi, a już na pewno trupy. W typowym scenariuszu najpierw zjadają zamordowaną ofiarę ukrytą w studni, a potem dobierają się do mordercy. Biegają po kanałach, wysypiskach, są brudne i śmierdzą. Jednocześnie mówi się o ich niesamowitej, ludzkiej niemal inteligencji, strukturze społecznej, współpracy. Tak, szczury są ludzkie i może dlatego są tak znienawidzone.

Wyjątkiem są chyba jeszcze Indie i świątynia Karni Mata.


Mój brat miał kiedyś szczura, takiego łaciatego, udomowionego. Bardzo był sympatyczny i mądry, chociaż słowniki polsko-angielskie, na których lubił siedzieć między swoimi wspinaczkami po regałach, do tej pory śmierdzą szczurzym moczem... Ale to są dzikie szczury. Pewnie jeszcze inteligentniejsze. Każdy gospodarz wie, że szczury to szkody - straty w ziarnie (tym razem trzymamy je w szczelnych pojemnikach), kopanie nor... Podobno w niektórych sytuacjach mogą też atakować zwierzęta - pewnie jak są głodne. Oczywiście jeden czy dwa szczury to nie problem, ale co, jeśli się rozmnożą i będzie ich kilkadziesiąt? A może nie? Jest kot u sąsiada, który latem jednego szczura złapał, są przecież kuny...

Nasza domowa szczurka, zdjęcie z Wielkanocy 2007

Kolejnego wieczoru znów poświeciłam latarką na szczurzą norę. Przez chwilę nic nie było widać, potem wysunął się spiczasty, ciemny pyszczek, nos i wąsiki... dalej oczka jak czarne koraliki... szczur patrzył przez chwilę, ale nic nie widział, oślepiony latarką. Zgasiłam światło.

- Szczurze - powiedziałam. - Ty jesteś szczurem, ja jestem człowiekiem.  Wasz gatunek od wieków żyje z naszym, w naszych domach, oborach, stajniach, kurnikach,  śmieciach, kanałach, zjada nasze śmieci i odpadki. Od wieków nasz gatunek prześladuje wasz gatunek. Wykładamy trucizny, które skazują was na powolne umieranie w mękach, puszczamy gaz, wystawiamy zatrzaskowe pułapki. Jesteśmy od setek lat sąsiadami, a jednocześnie śmiertelnymi wrogami. Co z tym zrobimy?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Trzy mity o gender

1. Teoria gender zakłada brak różnic biologicznych między kobietami a mężczyznami. Świadczą o tym hasła typu "nikt nie rodzi się kobietą" i podobne, które można znaleźć na genderowych stronach.

Nieprawda. Nikt nie twierdzi, że nie ma biologicznych różnic. Różnice biologiczne to jedno, a gender to drugie. Jestem kobietą biologicznie. Możemy tu mówić o płci genetycznej (mam kariotyp XX), gonadalnej (mam jajniki, nie mam jąder), fenotypowej (mam piersi, dość umiarkowane owłosienie), hormonalnej (estrogeny przeważają u mnie nad androgenami). Tych kryteriów jest więcej, biolodzy mówią też np. o płci germinatywnej, gonadoforycznej, genitalnej. Po co tak komplikować? Czy nie wystarczy prosta wiedza, że baba to baba, a chłop to chłop? Otóż nie zawsze, wszystkie te płcie nie zawsze są ze sobą zgodne, ale to już szczegóły biologii i medycyny, na inną okazję.

W każdym razie biologiczne różnice są. Są też różnice w konstrukcji umysłu. Można sobie zrobić test na płeć mózgu. U większości kobiet przeważa określona konstrukcja mózgu, zwana mózgiem kobiecym. U facetów odwrotnie. Ale te różnice są już dużo mniej wyraźne. Ja na przykład w słynnym teście na płeć mózgu osiągam wynik 60 pkt, co oznacza zgodność w myśleniu męskim i kobiecym. Wygląda na to, że mój mózg jest babochłopem.

Ale oprócz płci biologicznej jest też gender, płeć społeczna. Mam na sobie spodnie, umiem czytać i pisać, skończyłam studia na uniwersytecie, prowadzę samochód. Co to oznacza? Kim jestem? Można powiedzieć, że w Polsce w XXI wieku to już nic nie znaczy i nie da się na tej podstawie powiedzieć, czy jestem baba, czy chłop. Ale 100 lat temu byłoby jasne, że jestem facetem, zresztą podobnie dzisiaj w Iranie. Robię pranie, gotuję obiady i zmieniam pieluchy - kim jestem? Kilkuletni chłopiec biegnie, przewraca się, płacze, jego niezbyt mądry tatuś woła - "baba, baba!" - czy sugeruje, że chłopczyk ma macicę? Raczej nie, po prostu określa jego płeć społeczno-kulturową w tym momencie. Hej mały, społecznie-kulturowo jesteś w tej chwili kobietą, bo to kobiety płaczą. Biedak, nawet nie wiedział, że mówi o gender ;-)

Nikt nie rodzi się kobietą, nikt nie rodzi się mężczyzną, tak jak w przenośni można powiedzieć, że nikt nie rodzi się człowiekiem, choć od początku jest przedstawicielem Homo sapiens. O tym, kim jesteśmy, decydują nasze geny, ale nie tylko. To odwieczny spór - co ma większe znaczenie? W przypadku roślin i zwierząt biolodzy spierają się - geny czy środowisko, w jakim organizm żyje? W przypadku człowieka pytamy raczej - geny czy wychowanie? Można wyobrazić sobie pogląd skrajny, że tylko geny albo tylko wychowanie czynią nas tym, kim jesteśmy, ale prawda oczywiście leży pośrodku. Różne badania, teorie, koncepcje przechylają szalę to w jedną, to w drugą stronę. Nauka nie bazuje na prawdach objawionych, raczej na poznawaniu faktów i ich interpretacji, dyskusji. Dlatego to, jaką rolę w naszej tożsamości płciowej odgrywa płeć biologiczna, a jaką społeczno-kulturowa, też jest i pewnie będzie jeszcze długo dyskutowane, ostateczna odpowiedź może nigdy nie padnie, wiele zależy też od uwarunkowań, lokalnych szczegółów. Jedno jest pewne - obie są ważne.

2. Teoria gender mówi, że płeć można sobie zmieniać, jak się chce i kiedy się chce. Możesz być mężczyzną albo kobietą, możesz o tym decydować.

Tak i nie. Płeć biologiczną można częściowo zmienić, chociaż jest to trudne. Zwykle decydują się na to osoby, u których z jakiegoś powodu wszystkie te wymienione wyżej typy płci są mniej lub bardziej pomieszane, niezgodne. Po urodzeniu płeć dziecka określa się w prosty sposób - jest siusiak, nie ma siusiaka - i zwykle to się zgadza, ale czasem jest trochę bardziej skomplikowane. Czasem wynikają z tego duże dramaty, szczególnie gdy jakaś osoba żyje przez wiele lat w ciele kogoś, kim nie jest.

To płeć biologiczna. A gender? Tu sprawa jest tylko pozornie prostsza. Kiedy nosiłam krótkie włosy, nie malowałam się i nosiłam ciuchy uważane obecnie za uniwersalne (spodnie, bluza), często słyszałam np. w sklepie "czego pan sobie życzy?". Dla tych ludzi byłam mężczyzną, czasem długo nie orientowali się w pomyłce. Kiedy mój mały synek nosił różowe ubranko po kuzynce, ludzie myśleli, że jest dziewczynką. Ale z drugiej strony - czasem wydaje się, że łatwiej zrobić sobie operację, niż zmienić to, co siedzi w głowie. Ogromna jest siła przyzwyczajeń, tradycji, trudno wyrwać się z wyniesionych z domu schematów zachowania, typowych ról. Czasem to dobrze, czasem to nie szkodzi, ale czasem to problem.

Teoria gender mówi, że płeć społeczno-kulturowa nie jest czymś niezmiennym i oczywistym. Inaczej wygląda kulturowa kobieta w Iranie, inaczej w Arabii Saudyjskiej, w Szwecji, w Etiopii, Chinach, Laponii, Indiach... Jedna nosi burkę, nie ma żadnych praw i nie wolno jej wychodzić bez męskiej obstawy, druga różni się od facetów detalami makijażu, jeśli zechce, nieco innym fasonem spodni czy bielizny. Inaczej wyglądał i zachowywał się mężczyzna w czasach bitwy pod Grunwaldem czy potopu szwedzkiego, inaczej wygląda i zachowuje się teraz. Mój mąż zmienia dzieciom pieluchy i zmywa naczynia, było nie do pomyślenia, żeby zrobił to mój dziadek. Płeć społeczno-kulturowa podlega przemianom w czasie i przestrzeni. Tak, możemy o tym decydować.

3. Gender każe chłopcom nosić sukienki i malować się. Są nawet takie programy dla przedszkoli.

Poradnik dla nauczycieli, wydany przez Fundację Edukacji Przedszkolnej, wywołał burzę. Zgroza, hańba, promocja zboczeń, każą chłopcom ubierać się w koronkowe sukienki i malować paznokcie! Chcesz wiedzieć, zajrzyj do źródła. Spośród 9 naprawdę ciekawych scenariuszy zajęć tylko jeden ma w sobie fakultatywny element przebierania:

Trzy lub cztery osoby opuszczają z nauczycielką pomieszczenie. Zanim powrócą, mają podjąć decyzję czy wracają jako chłopcy czy dziewczęta. Pozostałe dzieci mają, po ich zachowaniu, ruchach odgadnąć ich płeć. Porozmawiaj z dziećmi na temat tego: Skąd wiedziały, kto jest dziewczynką a kto chłopcem, po czym to poznały? Jak dziewczynki, a jak chłopcy podkreślają/ wyrażają swoją płeć? (na przykład poprzez ubranie, fryzurę, biżuterię, kolory)? Czy wiedzą, jak mogły ubierać się kobiety dawniej? Co było dopuszczalne w  ubiorze kobiet, a co mężczyzn. Czyj strój bardziej się zmienił? Czy wiedzą dlaczego?
Pokaż dzieciom przygotowane ilustracje. Zapytaj, co na nich widzą, jak się ubierały kobiety a jak mężczyźni. Co się zmieniło w stroju kobiet i mężczyzn na przestrzeni dziejów. Jakie są różnice w strojach w zależności od kultury.
Zwróć uwagę na fakt, że dziewczynki mogą chodzić w spodniach, ale chłopcy w spódnicach i sukienkach nie. Czy kiedyś mężczyźni mogli nosić długie włosy a kobiety krótkie? Jak to się zmieniło? Zapytaj dzieci czy wiedzą dlaczego?
Naprawdę takie straszne?

Swoją drogą, dlaczego wolno dzieciom dla zabawy przebierać się za różne postaci którymi nie są - królewnę, wróżkę, człowieka-pająka, Indianina, i to jest słodkie i zabawne, a za inną płeć - nie wolno, cóż za pomysł, fuj, zboczuchy, łapy precz od naszych dzieci? Boimy się, że im się spodoba, że im tak zostanie? Boimy się, że chłopiec stanie się dziewczynką, kiedy pomaluje paznokcie? A może stanie się transwestytą albo drag queen? Nie, dzieci nie myślą w ten sposób, a przebieranie się, odgrywanie ról jest wpisane w dzieciństwo, w poznawanie świata. Ale ta obawa oznacza, że do płci społeczno-kulturowej najsilniej przywiązani są właśnie jej krytycy.

czwartek, 5 grudnia 2013

Kapusta zwykła

Surówkowa, kwaszona, zakwaszana, zakiszona... Aspartam, sorbinian potasu, kwas askorbinowy, kwas cytrynowy, cukier, ocet spirytusowy... Co wybrać?

- A ta kapusta tutaj, to co to za kapusta...?
- No... zwykła taka.
- Zwykła?
- No, zwykła kiszona kapusta...
- Pytam, bo nie ma etykiety... Nie ma składu, nazwy producenta...
- Producenta? Aaa... producenta... nie, to nasza kapusta jest.
- Co to znaczy nasza?
- No nasza... z gospodarstwa... taka z beczki...
- Oooo, z gospodarstwa? Z beczki? A co ona zawiera?
- Właściwie nic nie zawiera...
- Jak to nic? A jaki ma skład?
- No, kapusta, trochę marchwi... i sól kamienna...

:-)

Ponieważ takie szczęście zdarza się rzadko, postanowiliśmy, że kapustę będziemy kisić w domu. Kiedyś babcia z dziadkiem kisili co roku, potem wkładali ją do słoików, przyciskali drewienkami, zamykali i w ten sposób mogła stać w piwnicy miesiące, a nawet lata, chociaż po pewnym czasie robiła się już mocno kwaśna. Jakiś czas temu zwyczaj domowego kiszenia zanikł... aż okazało się, że kapustopodobny produkt ze sklepu coraz mniej przypomina prawdziwą kiszoną kapustę. 

Kapusta "własna", z ogrodu, już się prawie skończyła, w przyszłym roku posadzimy trochę więcej. Kupiliśmy więc wielką, prawie trzykilową głowę na targu. Wyciągnęliśmy z dna szafki gliniany garnek, który latem służył do produkcji doskonałych ogórków małosolnych - i do roboty. Proporcje - 20 g soli na kilo kapusty, trochę kminku... Wydawało się, że w garnku zmieści się najwyżej połowa - ale ubijanie zrobiło swoje i weszła cała. Mieliśmy gdzieś takie drewniane coś do ubijania kapusty, ale ponieważ dziecko wyciągało go ciągle i używało niezgodnie z przeznaczeniem, schowaliśmy - nie wiadomo gdzie. Więc ubijaliśmy... butelką po piwie. Skutecznie. Potem przycisnęliśmy kapustę talerzykiem i kamieniem... i czekamy.

Już się trochę pieni i pachnie.

czwartek, 28 listopada 2013

Ilona...

Pierwszy raz spotkałam Ilonę, kiedy organizowaliśmy Marsz Równości w Poznaniu. To był pewnie 2004 r. Ilona należała do tego wąskiego grona dziennikarzy, którzy naprawdę słuchali. Chciała się dowiedzieć i przekazać to dalej. Właśnie taka była: uważnie słuchająca, czujna, skupiona na rozmówcy, otwarta na człowieka. Bardzo ją polubiłam, chyba z wzajemnością.

Minęło kilka lat i spotkałyśmy się znów na facebooku. Wymiana uprzejmości, kilka komentarzy, gratulacje pod zdjęciem synka... I pomysł, żeby w "Rozmowach po zachodzie" pogadać o przyrodzie, przyrodnikach... I tak wiosną 2012 odbyła się nasza pierwsza audycja "przyrodnicza". A po niej następne - na początku lata o lecie, ale też o ekomacierzyństwie, jesienią - o jesieni, przetworach, grzybach, starych sadach... Przed pierwszym spotkaniem wymieniłyśmy kilka mejli, smsów, żeby ustalić, co i jak, jakie tematy, co po kolei. Ale potem już spotykałyśmy się i rozmawiałyśmy właściwie bez przygotowania, z kilkoma roboczymi hasłami spisanymi na kartce kilka minut przed. Ale chętnie przyjeżdżałam wcześniej, żeby posiedzieć, pogadać, poczuć tę atmosferę radia, której częścią była Ilona - przy komputerze, wśród kartek, papierów, wychylająca się przez poręcz schodów... Rozmawiałyśmy o tym, za co można lubić różne pory roku, co w nich pięknego, a co niekoniecznie. Ilona lubiła te jasne, ciepłe pory roku, wiosnę, lato, słońce, kwiaty. Zwłaszcza kwiaty, robiła im zdjęcia i wklejała na FB, pierwsze przebiśniegi, magnolie, bratki, hiacynty w doniczce, pelargonie na balkonie, bukiety polnych rumianków... Nie znosiła ciemności, śniegowego błota, zimna, skrobania szyb. I w tym roku odeszła, zanim się zaczęły na dobre. W tym mrocznym, mokrym listopadzie, u progu długiej zimy. W ostatnią niedzielę wstawiła zdjęcie letnich kwiatów i ziół. - Tak było - napisała. Z pewnością tak właśnie jest tam, gdzie teraz poszła. Ciepło, jasno, dużo kwiatów i książek. I koty.

Ciągle nie wierzę. Czytam po raz kolejny nagłówek "Ilona Szwajcer nie żyje"... To nie brzmi. To nie pasuje. Jak słowa w obcym języku, szyfr, zagadka, żart, pomyłka, bo przecież to nie może znaczyć tego, co znaczy... Tak jakby ktoś napisał, że życie umarło. Myślałam o Niej tego dnia, kiedy to się stało. Umówiłyśmy się na audycję 8 stycznia i miałam do Niej napisać - choć jeszcze dużo czasu - jaki mam pomysł, o czym porozmawiamy. Już nie porozmawiamy. Nie tutaj.




- - - -

na mojej jabłoni
usiadło stadko siwych sierpówek
nie było ich tu wczoraj

może teraz wreszcie znajdziesz czas
żeby odwiedzić mnie tutaj
wiem że drzwi są otwarte

wiosną specjalnie dla ciebie
posieję kilka kwiatów
będę patrzeć na nie i czekać
tak długo jak trzeba


poniedziałek, 25 listopada 2013

Z jesieni w zimę

Wstaję rano. A raczej dzieci wstają. Jedno po mnie skacze, drugie po mnie pełza. Nie ma rady. Jest jeszcze właściwie ciemno, ale zanim się wszyscy ubierzemy, zanim wypiję poranną herbatę, zanim zjemy śniadanie, zanim dzieci wyrzucą wszystkie swoje zabawki na środek pokoju, rozleją wodę i rozmażą kaszkę po ścianach – robi się szaro. I tak będzie pewnie przez cały dzień. Kilka stopni plus, mżawka. Ale to nas nie odstrasza. Ubieramy się na cebulkę, bierzemy kankę na mleko, garnek z ugotowanymi obierkami dla kur – i ruszamy na podbój świata.

Stach wskakuje w kalosze (lewy na prawej nodze, prawy na lewej), odmawia włożenia kurtki, mam więc kolejną rzecz do niesienia po schodach, oprócz Tymka, kanki i garnka. Na dworze zmieni zdanie natychmiast. Ale zimno! I do tego wilgoć wciska się we wszystkie zakamarki ubrania. Małego sadzam w wózku i opatulam kocem tak, że wystaje mu tylko nos i oczka, ciekawie przyglądające się wszystkiemu dookoła. Starszy biega, więc nie marznie, poza rączkami, na które nie chciał założyć rękawiczek, ale może mu nie odpadną. Pewnie miałby ciepłe, gdyby nie to, że ciągle trzyma w nich różne mokre, lodowate rzeczy, jak kije, cegły, kamienie, łopatki itp.

Kury jak zwykle tłoczą się przy obierkach i ziarnie. Dla kozy zakończył się sezon pastwiskowy, niecierpliwie czeka na siano, przeżuwa, kiedy ją doję. Mleka jest o połowę mniej niż latem. Stach siedzi na górce piasku, kopie wielką dziurę, po czym osadza w niej flagę, zrobioną z tetrowej pieluchy na długim kiju. Tymo protestuje, nie chce siedzieć, ale kiedy obracam go tak, że może obserwować poczytania brata, uspokaja się.

Potem zamieniamy się w zbieraczy. Bierzemy wiaderka i ruszamy w kierunku pól. Po skoszeniu kukurydzy i przeoraniu na ziemi leży mnóstwo połamanych kolb, z których wysypuje się ziarno. Nikt go nie potrzebuje, do wiosny zgnije, trochę zjedzą sarny i zające, może nawet przyjdzie parę dzików, przylecą ptaki – w zeszłym roku siedziało tu kilkaset gęsi, w tym roku obserwowaliśmy kilka łabędzie krzykliwych – ale wciąż sporo zostanie. Zbieramy kukurydzę dla kur i kozy, zimne, mokre kolby, oblepione mgłą i mżawką. Fajnie będzie rzucać kurom ziarenka albo karmić kozę z ręki, obserwować, jak delikatnie bierze. Potem idziemy pod starą jabłoń sąsiada, jedyną, która obrodziła w tym roku. Sąsiad nie zbiera jabłek i pozwala brać. Ładujemy całe wiaderko, nadgniłe i poobijane dla zwierzaków, dwa najładniejsze chowam do kieszeni, będą do owsianki. Wreszcie ogród – ścinamy poplonową oziminę i przemrożoną lekko sałatę, też za pozwoleniem sąsiada. Czas nakarmić towarzystwo i wracać do domu. Zadziwiające, jak wiele rzeczy jest za darmo, jeśli tylko się rozejrzeć. Muszę napisać o tym więcej.

...

To było wczoraj. Wieczorem przyszedł wiatr, mocny, lodowaty wiatr ze wschodu, huczał w gałęziach naszego wielkiego wiązu, gwizdał w kominie i przegonił listopadowe chmury. O północy wzeszedł księżyc w ostatniej kwadrze. Rano był już mróz i szron skrzący się w słońcu. I tak przyszła zima.

czwartek, 7 listopada 2013

Eppur si muove

Dawno, dawno temu żył we Włoszech pewien wybitny naukowiec. Jak to wówczas bywało, był znawcą wielu dziedzin - astronomii, fizyki, matematyki, filozofii. Nazywał się Galileo Galilei. Jako pierwszy stosował systematycznie metodę doświadczalną w pracy naukowej i jako jeden z pierwszych używał teleskopu do obserwacji gwiazd. Obecnie uważamy Galileusza za twórcę podstaw nowoczesnej fizyki i nikt nie kwestionuje jego dowodów na prawdziwość teorii heliocentrycznej oraz innych licznych odkryć i dokonań. Jednak za życia miał z tego powodu wiele kłopotów. 

Za Wikipedią:

Galileusz został wezwany do Rzymu by stanąć przed sądem, w skład którego wchodzili naukowcy zajmujący się tą samą dziedziną nauki co Galileusz. (...) W trakcie czterodniowego przesłuchania przedstawił tylko jeden dowód, który miał potwierdzić teorię głoszącą, że to Ziemia krąży wokół Słońca. Był to argument o przypływach i odpływach, który został przez jego sędziów uznany za niewiarygodny. Poza tym argumentem nie potrafił podać żadnego innego (kolejne dowody eksperymentalne pojawiały się później, w miarę doskonalenia technik obserwacyjnych). 22 czerwca 1633 roku Galileusz ubrany w białą koszulę (zwyczajowy strój ukaranych heretyków) został doprowadzony do sali dominikańskiego klasztoru Santa Maria Sopra Minerva. Klęcząc w obecności dziesięciu sędziów wysłuchał wyroku. (...) Uczony w czasie procesu wyrecytował formułę odwołującą i przeklinającą swoje "błędy", określającą je jako "obrzydliwe" unikając surowszej kary; wydrukowany już nakład Dialogu Inkwizycja nakazała spalić, a samo dzieło zostało przez Kościół wpisane na indeks ksiąg zakazanych. 

Jedna rzecz zwraca uwagę: Galileusz nie był sądzony przez księży, zakonników, biskupów - był sądzony przez naukowców ze swojej dziedziny. Fakt, że w tamtym czasie to się często pokrywało, niewiele tu zmienia. Jeśli byli naukowcami, używali rozumu, znali odkrycia Kopernika oraz wielu innych, którzy w tym czasie dochodzili do podobnych wnioków. Musieli zastanawiać się nad tym, wielu musiało przyznać w głebi duszy, że to przecież ma sens. Rozumowanie Galileusza nie było krystalicznie poprawne, w metodach, dowodzeniu, wnioskowaniu było wiele błędów, dziur, ale myślę, że nie to było głównym problemem dla krytyków. Raczej fakt, że wnioski te burzyły cały porządek współczesnego świata. Miały ogromne konsekwencje filozoficzne, społeczne i zapewne także finansowe. Dlatego musiały spłonąć.

* * *

- To przecież wszystko odwołane - powiedziała do mnie pani doktor podczas szczepienia syna, kiedy podzieliłam się wątpliwościami co do bezpieczeństwa i zasadności stosowania szczepionki MMR (odra, świnka, różyczka). Chodziło jej oczywiście o badania Andrew Wakefielda, autora najsłynniejszego artykułu na temat niebezpiecznych skutków stosowania tej szczepionki. Nie były to jedyne badania i jedyny artykuł, ale Wakefield oberwał chyba najmocniej ze wszystkich - może dlatego, że udało mu się opublikować swoje wyniki w naprawdę prestiżowym czasopismie.

- Rozbite w drobny mak głupoty - napisał jeden z uczestników dyskusji o badaniach profesora Seraliniego, który przeprowadził pierwsze długoterminowe badania wpływu GMO i herbicydu Roundup na szczury. Przeprowadził, opublikował - również w wiarygodnym naukowym czasopismie - a potem rozpętała się burza. 

Nie zamierzam tu bronić do ostatniej kropli krwi wniosków Wakefielda i Seraliniego. Nie dam głowy za pełną poprawność ich badań. Broniono ich w wielu miejscach, kto chce poszukać - znajdzie. Czytałam ich artykuły, wiem że przed publikacją przeszły trudną drogę przez opinie recenzentów i redaktorów czasopism, które raczej nie drukują byle czego. Dobrze, jeśli artykuł po publikacji przechodzi przez krytyczną dyskusję, tak to właśnie powinno wyglądać. Jest oczywiste, że wyniki burzące porządek współczesnego świata budzą większy odzew niż na przykład badania flory bakteryjnej odchodów poczwarówki jajowatej. Dyskusja toczy się w świecie naukowym, oprócz recenzji krytycznych są również pozytywne, ale wagę poszczególnych argumentów dla "zwykłego człowieka", niespecjalisty, ustalają również media. Warto prześledzić nie tylko te "mainstreamowe", choć po obu stronach pojawiają się teksty mniej lub bardziej nierzetelne.

Osądzą ich wieki. Nam pozostaje używać rozumu, czytać, szukać. Myślę sobie tylko, że nie odeszliśmy wcale tak daleko od Średniowiecza. Oczywiście Kościół nie jest już główną światową siłą, jego miejsce zajął wielki, globalny biznes. Stosy nie płoną już żywym ogniem, inne są też metody palenia ksiąg. Ale mechanizm wydaje się podobny.

* * *

- A jednak się kręci - powiedział podobno cicho Galileusz, gdy musiał publicznie wyrzec się swoich poglądów. A jednak wiemy coraz więcej. A jednak prowadzone są kolejne badania i doświadczenia. A jednak świat znów dąży do zmiany.

niedziela, 20 października 2013

Cuisine pauvre, czyli kasztany z kapustą

Kasztany, kasztany... kojarzą nad się z luksusem, wyszukanym, drogim składnikiem, tajemniczymi recepturami haute cuisine. Tymczasem tam, skąd pochodzą - w południowej i zachodniej Europie - kasztany to raczej tradycyjny składnik kuchni biednej. Mąkę kasztanową dodawano zapewne do chleba, gdy brakowało pszennej, a gotowane kasztany to typowe neapolitańskie danie wywodzące się właśnie z tzw. cucina povera. Coś w rodzaju szczawiu i mirabelek, zbieranych kiedyś przez biedne dzieci po rowach, a dziś - w postaci wykwintnej szczawiowej i ekologicznych przetworów - podbijających również salony ;-)

U nas jednak wciąż są niedostępne i drogie... ale czy na pewno? Oczywiście, jeśli chcemy jeść je np. w maju i kupujemy gotowe, obrane kasztany w puszce, to zapłacimy za nie sporo. Ale teraz jest kasztanowy sezon i jeśli nawet nie mamy w okolicy starego, zaniedbanego parku, w którym rosną zapomniane drzewa i tylko proszą, by pozbierać tony spadających kasztanów, to zawsze możemy zajrzeć na... allegro. Konkurencja jest duża, więc i ceny coraz bardziej przystępne. Pojawiają się też w warzywniakach. Ważne, żeby szukać ich w sezonie, czyli właśnie teraz - październik, listopad. Zuzanna lubi je tylko jesienią.

Danie, które dzisiaj przygotowałam na obiad, nosi wszelkie znamiona cuisine pauvre. Jednogarnkowe danie z głównym składnikiem - kapustą, kojarzącym się zdecydowanie z kuchnią kryzysową. A do tego - kasztany. Pasują doskonale. Proste, genialne i jesienne. Jedno z lepszych połączeń, jakie wymyśliłam. Gotowałam w kuchni na gazie, ale jedliśmy na dworze przy ognisku, wśród opadających liści i jabłek.

Kasztany z kapustą

300-400 g kasztanów
nieduża kapusta
2 cebule
kilka łyżek przecieru pomidorowego
sól, pieprz, kminek, majeranek
oliwa z oliwek

Kasztany ugotować i obrać. Ja zrobiłam to poprzedniego dnia.
Na dno garnka wlać oliwę, wrzucić pokrojone cebule, zrumienić, dodać pokrojoną kapustę i przyprawy.
Na koniec wrzucić kasztany i przecier pomidorowy (najlepiej świeży).

Smacznego :-)

piątek, 18 października 2013

Kasztany!

Oczywiście kasztany jadalne, czyli owoce kasztana Castanea sativa, czyli marony. Nie mylić z owocami kasztanowca, które nadają się do robienia ludzików i zwierzątek, noszenia w kieszeni, ale do jedzenia zupełnie nie.

Zawsze bardzo chciałam z nimi poeksperymentować, trafiało mi się po kilka lub kilkanaście nazbieranych w jakimś parku czy przywiezionych od kogoś. Znałam smak pieczonych w piekarniku, kiedyś w Paryżu kupiłyśmy z koleżankami torebkę pieczonych wśród węgielków, na ulicy. Ale wciąż było mi mało. Aż wreszcie w tym roku znalazłam sobie lokalnego dostawcę :-) i kupiłam pięć kilo. I wreszcie mogę kasztanowo poszaleć.

Kasztan jadalny to jeden z najważniejszych składników w diecie polecanej przez świętą Hildegardę. Kasztany to według Hildegardy lekarstwo na niemal wszystkie choroby i słabości, wzmacniają mózg, nerwy, wątrobę, śledzionę, serce... "Kasztany są pożywieniem o naturze bardzo ciepłej i z tej przyczyny posiadają wiele zalet, ponieważ usposabiają umiarkowanie" - pisze Święta. Próbuję wyobrazić sobie średniowieczną kuchnię... Ziemniaki pojawiły się w Europie dopiero 400 lat po śmierci Hildegardy, drugie tyle czasu zajęło ich upowszechnienie. Kasztany, bogate w skrobię, popularne w południowej i zachodniej Europie, były prawdopodobnie najbardziej "ziemniaczanym" składnikiem ówczesnej kuchni. Robiono z nich zupy, pieczono, gotowano, przerabiano na mąkę... 

Są świetnym źródłem potasu, niezłym źródłem magnezu i wapnia. Mają bardzo mało tłuszczu (2%, dla porównania orzechy nawet 60%), niewiele białka (2-4%), sporo błonnika. To przede wszystkim skrobia - dobrze przyswajalne, lekkostrawne źródło węglowodanów. Nie mają glutenu i zwykle nie powodują alergii (podobno alergia na kasztany zdarza się u osób uczulonych na lateks). Są sycące, ale nie obciążają żołądka.

Kasztany już piekłam w piekarniku i w kominku, gotowałam, a dzisiaj zrobiłam zupełnie autorskie danie, miks średniowiecznej kuchni europejskiej ze współczesną kuchnią azjatycko-wegetariańską ;-) czyli

Kasztany duszone z czosnkiem i tofu

300-400 g kasztanów
200 g tofu
główka czosnku (jak szaleć to szaleć)
2-3 duże łyżki masła
sól, pieprz, zioła prowansalskie

Kasztany ugotować (ok. 30 min) i obrać (dobrze naciąć skórkę przed gotowaniem). Czosnek obrać, dość grubo pokroić. Tofu pokroić w grubą kostkę. Na patelni stopić masło (może być wymieszane z oliwą albo sama oliwa, jeśli ma być wegańskie), wrzucić czosnek, zrumienić, dodać kasztany i tofu. Przyprawić, dusić pod przykryciem ok. 15 minut, od czasu do czasu delikatnie mieszając. Smacznego :-)


(zdjęcie kasztana z Wikipedii, bo aparat chwilowo niestety zepsuty)

sobota, 5 października 2013

Kaszka z czekoladą

Poranek. Półprzytomna jeszcze po zbyt krótkim i przerywanym śnie, już trochę zmęczona bieganiem, jęczeniem, skakaniem, ubieraniem, przebieraniem, pełzaniem, mama daj, mama siku, mama mlecko, mama puścić georga, mama puścić prawdziwe pociągi, robię kaszkę.

Robię kaszkę wspaniałą, pachnącą, masełko już się topi, do tego utarte jabłko szarlotkowej odmiany Cesarz Wilhelm, przyniesione przed chwilą z ogrodu, ugotowana wczoraj jaglanka, cynamon, trochę cukru, rozbijam bryły kaszy, aż robi się sypka, mieszam, niech się przegryzie z pozostałymi składnikami, zwiększam ogień, niech się przyrumieni przy dnie, bo taką najbardziej lubię. Wszyscy taką lubimy. Nie ma to jak przyrumieniona kaszka z dna patelni. Dużo zrobiłam, dla wszystkich wystarczy.

- Chcę jajecznicę.

Co? Jak?

- Chcę jajecznicę. Chcę jajecznicę.

- Robię kaszkę - odpowiadam.

Hehe, dobre sobie. Matko, rozmawiasz z trzylatkiem. Co ma piernik do wiatraka? Robię kaszkę. Lecę na Antarktydę podglądać pingwiny. Stolicą Burkina Faso jest Wagadugu. Pokątnik złowieszczek to rzadki gatunek chrząszcza. Robię kaszkę. Ależ rób sobie, skoro musisz, ale jaki to ma związek? Trzylatek jasno i precyzyjnie, językiem osobistym wyraża swoją potrzebę. A ty co, matko? Robisz kaszkę. Dzięki za info.

- Chcę jajecznicę.

- Nie ma jajek - kłamię.

Słabe. Oj, matka. Trzylatek głupi nie jest, idzie do lodówki, otwiera i obnaża łgarstwo. Oczywiście, że jajka są, odkrywa z entuzjazmem. Tyle że jest ich mało, miały być do czegoś innego... a w ogóle to na śniadanie jest kaszka, do cholery. Co mam z nią zrobić? Coś tam mętnie tłumaczę, że jajka do ciasta, że nie starczy dla wszystkich, że kasza się zmarnuje, że patelnia zajęta, a nie ma innej czystej - wszystko to prawda, ale widzę w oczach trzylatka, że właściwie to się pogrążam.

- Chcę jajecznicę. Chcę jajecznicę.

Myśl, kobieto, myśl. Wiem, że jest rano, zmęczenie, niewyspanie, hipoglikemia, ale uruchom umysłowe rezerwy... i wykombinuj coś, żeby skończyło się pokojowo, bezkonfliktowo i żeby wszyscy w spokoju zjedli pożywne śniadanie. Może zrobić mu tę jajecznicę? Albo jajko na miękko ugotować?

Wykombinowałam.

- A chcesz kaszkę z czekoladą?

Ha! Widzę w jego oczach, jak w wytartą koleinę jajecznicowej myśli wbija się z impetem słowo-klucz, słyszę jeszcze niewyraźne "chcę jajecznicę...", ale ono już znika, już nie ma jajecznicy, jest nieważna, poszła sobie... wcelowałaś w dziesiątkę, podstępna matko, trafiony zatopiony!

- Chcę kaszkę z czekoladą. Chcę kaszkę z czekoladą. Chcę z czekoladą kaszkę. Tutaj będę siedział, tutaj. Tutaj będzie stał mój talerzyk. Mama postaw mi talerzyk tutaj, tutaj mi postaw. 

A kaszkę z czekoladą robi się bardzo łatwo. Do podstawowej słodkiej porannej kaszki, opisanej powyżej oraz kilka postów wcześniej w temacie o jaglance, dodajemy (już na talerzu) ćwierć łyżeczki kakao oraz kostkę utartej na tarce czekolady i mieszamy. Można jeszcze czekoladą posypać po wierzchu. Satysfakcja gwarantowana, jaglanka zjedzona. Jak prawie codziennie... ale nie codziennie konkuruje z tym, co dziecko naprawdę chciało, a co dla utrudzonej ciężką nocką i porankiem matki wydawało się niemożliwe do zrealizowania ;-)

niedziela, 29 września 2013

Babie lato

A wokół naszego kurniczka takie cudowne klejnoty wrześniowy poranek rozwiesza...






Czas na grzyby! Wreszcie zaczęły się i u nas. 


Póki co głównie podgrzybki... ale to właśnie one są najbardziej grzybowe, aromatyczne, pyszne. Sto razy wolę podgrzybki od borowików - szczególnie podgrzybki brunatne, które właściwie też są borowikami (według obecnej wiedzy należą do rodzaju Boletus, a nie Xerocomus).


Chociaż widzieliśmy i takie grzybowe dziwolągi - pod robiniami spotkaliśmy rodzinkę gwiazdoszy.


Grzyby grzybami, ale trzeba też pograbić liście...


...coraz ich więcej.


A może na drzewie zostały jeszcze jakieś śliwki?


Można zdrzemnąć się w sadzie pod czujnym psim nadzorem...


Złapać ostatnie ciepłe promienie słońca we włosy i wiśniową żywicę...


Bo dni już coraz krótsze, słońce coraz niżej i niżej, wysyca kolory stodół, pól i odłogów...


...coraz niżej...



Dobranoc!







piątek, 27 września 2013

Ściółka i poplon

...czyli jesienny ogród.

Od połowy tego sezonu sciółkujemy. To dla nas zupełna nowość.

Od zawsze ogród uprawiało się tu dość tradycyjnie - na grządkach goła ziemia i równe rządki warzyw, częste podlewanie, pielenie i wzruszanie gleby - bo taka gleba łatwo wysycha, zarasta chwastami, zamienia się w ubitą, jałową skorupę. Jesienią ogród się sprzątało, przekopywało i tak czekał do wiosny. Czarny i uporządkowany. W takim ogrodzie gleba traktowana jest jak podłoże, w którym mają rosnąć nasze rośliny - i nic więcej. 

Tymczasem gleba może być czymś więcej. Może być ekosystemem, miejscem życia wielu organizmów - im więcej gatunków, im większa bioróżnorodność, tym większa stabilność ekosystemu. Są roślinożercy, którzy czają się na nasze uprawy, ale są też drapieżniki i pasożyty, które ograniczają ich populacje, a przede wszystkim cała masa saprofagów i saprofitów, czyli organizmów odżywiających się martwą materią, użyźniających glebę. W ogrodzie uprawianym według permakultury (będzie o tym więcej) dbałość o ekosystem glebowy jest jedną z podstawowych zasad. 

A co zrobić, żeby ekosystem glebowy był jak najbogatszy w gatunki, jak najbardziej różnorodny? Stworzyć glebowym organizmom dobre warunki do życia. Gleba nie może wysychać, musi być cały czas wilgotna, musi też mieć odpowiednią strukturę. Najlepszym wzorem może być gleba leśna, gdzie szczątki roślin tworzą próchnicę przykrytą leśną ściółką. Możemy coś takiego odtworzyć w naszym ogrodzie i z powodzeniem uprawiać w tym rośliny. 

W naszym jesiennym ogrodzie część roślin już zebrana, a na ich miejscu rośnie poplon - różne rodzaje. Trochę gryki, trochę słonecznika, gorczyca i ozimina. Poza tym ściółkujemy grządki słomą, sianem, opadłymi liśćmi, gotową próchnicą spod kupy gałęzi, a także chwastami i resztkami roślin. Poplon można też wysiewać na ściółce lub pod ściółką (jeśli nie jest zbyt gruba). Wszystko to razem przerasta, przenika się, korzenie wnikają w głąb gleby, spulchniają ją, poruszają. Przyjdzie zima, poplon zwiędnie, rozłoży się, razem ze ściółką stworzy warstwę cennej próchnicy, w której na wiosnę będzie można posadzić rośliny. Nie będzie to może wyglądało tak elegancko jak czarna, wypielęgnowana ziemia z równo posianymi rządkami... ale w dobrej glebie najważniejsze jest niewidoczne dla oczu :-)

Gryka jak śnieg biała :-) a właściwie biało-różowa.


Prawie gotowa próchnica przerastająca oziminą


Ściółka ze słomy z oziminą, trochę zachwaszczona, ale o tej porze roku to nie szkodzi. Chwasty też pracują na strukturę i żyzność gleby.


Ściółkowanie liśćmi i poplon oziminowy


Ściółkowanie sianem, pod cienką warstwą poplon słonecznikowy


A tu wschodzi gorczyca.


Jesienne warzywo - jarmuż na pościółkowanej grządce. Ściółka ogranicza rozwój chwastów i parowanie.


A dynie są wszędzie. Ta akurat zarosła odpoczywającą pryzmę kompostową. To dopiero jest ekosystem :-)




czwartek, 19 września 2013

Jaglanka

Kasza. Same złe skojarzenia. Z magicznej czwórki dodatków - ziemniaki, ryż, makaron, kasza - ta ostatnia jakoś zawsze na samym końcu. Trauma przedszkolaka. Jedz na zdrowie, co z tego, że paskudne. Sucha z kleksem podejrzanego sosu albo przeciwnie, rozgotowana na szarą, bezsmakową pacię, która rośnie w ustach. Większość ludzi krzywi się na samo słowo. Kasza.

A jednak nie można zaprzeczyć, że kasza to samo dobro. Chleb czy ziemniaki przegrywają z nią na każdym polu. Kasza z dodatkiem sezonowych warzyw, strączków, pestek i orzechów to właściwie dieta idealna. A królową kasz jest kasza jaglana. Ma najwięcej żelaza ze wszystkich kasz (więcej niż mięso, chociaż słabiej przyswajalne), dużo magnezu, cynku, witamin z grupy B, wartościowego białka bogatego w tryptofan, krzemionki, lecytyny, antyoksydantów. Tuż za nią w rankingu zdrowotności jest kasza gryczana (dużo więcej magnezu i trochę więcej cynku niż jaglanka, za to mniej żelaza), oczywiście niepalona (trudniej kupić), potem orkiszowa, jęczmienna, potem długo długo nic i dopiero na końcu manna ze śladowymi ilościami witamin i minerałów, w zasadzie sama skrobia i gluten. Nic ciekawego.

Kaszę jaglaną wychwala pod niebiosa medycyna chińska, zaczyna ją doceniać medycyna i dietetyka europejska. Ma mieć działanie zasadotwórcze i osuszające. Właściwie trudno znaleźć choroby czy dolegliwości, przy których nie miałaby mieć niemal magicznie dobroczynnego działania. Na pierwszym miejscu wymienia się zapobieganie i leczenie chorób górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego. Czyli - na katar, kaszel, zatoki, żołądek, jelita i zaparcia. W sam raz na jesień.

Tylko jak to draństwo polubić? Ja polubiłam i w chłodnych porach roku jem kilka razy w tygodniu na śniadanie, a czasem i na kolację.

Po pierwsze, gotowanie jaglanki wcale nie jest długie ani skomplikowane. Niektórzy ją prażą, płuczą lub przelewają wrzątkiem, dla mnie to zbędne, ale jeśli komuś tak bardziej smakuje, to czemu nie.

- do garnka wlewamy dwie szklanki wody
- czekamy aż zacznie wrzeć
- wsypujemy niecałą szklankę jaglanki
- czekamy aż się zagotuje ponownie
- ustawiamy ogień na średni, przykrywamy pokrywką uchyloną
- po 10-15 minutach wchłonie wodę, gasimy, zostawiamy pod przykryciem żeby doszło. KONIEC.

To przepis podstawowy, można go modyfikować, można przyrządzić potem jaglankę na słodko, na słono, z dowolnymi dodatkami. Jeśli mamy mało czasu rano, można kaszę ugotować wieczorem i rano tylko odgrzać z dodatkami. Ja gotuję cały garnek raz na 2 dni i korzystam w miarę potrzeb.

Na koniec wrzucam dwa  przepisy dla osób, które chcą się przekonać, oparte na kaszy już wcześniej ugotowanej, do szybkiego zrobienia na patelni.

Jaglanka szybka słodka (na jesienne śniadanie)

1-2 szklanki ugotowanej jaglanki
garść rodzynek
1-2 łyżki masła
2 łyżeczki cukru
pół łyżeczki cynamonu
opcjonalne dodatki: jabłka, gruszki, śliwki, banany, posiekane orzechy, pestki dyni lub słonecznika, łyżka ulubionego dżemu, suszone owoce...

Masło stopić na patelni, dodać rodzynki, jaglankę, cukier, cynamon, ewentualnie inne dodatki. Wymieszać, podgrzewać chwilę, aż zacznie się rumienić od spodu. 

Jaglanka szybka po włosku (na ciepłą kolację)

1-2 szklanki ugotowanej jaglanki
1-2 dojrzałe pomidory
1-2 ząbki czosnku
oliwa z oliwek
bazylia, sól, pieprz
opcjonalnie: starty ser żółty, świeża bazylia

Oliwę rozgrzać na patelni, czosnek posiekać, zrumienić, dodać pomidory, smażyć przez chwilę. Dodać kaszę, przyprawić, wymieszać, podgrzewać jeszcze chwilę. Posypać startym serem lub/i świeżą bazylią.

Smacznego :-) Cdn.

środa, 18 września 2013

Jabłka przez cały rok

Jabłka - owoce całoroczne. Kupujemy je w markecie wiosną, latem, zimą... i zastanawiamy się, co z nimi robią, że są takie ładne i błyszczące, jakby zerwano je przed chwilą. A co robią? Magazynują w chłodniach. Ale pewnie nie tylko. Jabłka "przemysłowe" to jedne z najbardziej skażonych owoców. Chłoną pestycydy jak gąbka, a pryska się je nawet 20 razy w ciągu roku. Nie wszystkie odmiany nadają się też do przechowywania, tym słodkim, soczystym, deserowym trzeba trochę pomóc - środki przeciwpleśniowe i inne pomagają zachować dłużej ładny wygląd.

Ale jabłka również bez chemii mogą być całoroczne. I tak jest w naszym sadzie.

Pierwsze dojrzewają papierówki - nawet w lipcu. Mamy jedno niewielkie drzewko. To bardzo nietrwałe jabłka, wybitnie sezonowe, o pięknym zapachu. Nadają się do bezpośredniego chrupania i do świeżych, lipcowych kompotów, chociaż dwa lata temu robiliśmy z papierówek całkiem niezły cydr. Papierówki to smak i zapach lata. W tym roku obrodziły u sąsiada, który miał ich mnóstwo i przynosił dla naszych zwierząt.


Kolejne nasze jabłka to grafsztynki. Są najsmaczniejsze - słodkie, bardzo soczyste, sok aż spływa po brodzie. Dojrzewają już od końca sierpnia i przez cały wrzesień. Jabłonie, z których zbieramy grafsztynki, są już bardzo stare, sadzone jeszcze ręką niemiecką. Rosną już nowe, niedawno zaszczepione, ale jeszcze nie owocują. Te jabłka też nie dają się długo przechowywać - trzeba je szybko zużyć: do jedzenia, na musy, kompoty, soki, wino.



Wrzesień, dojrzewa Cesarz Wilhelm. Ma duże jabłka, czasem gniją już na drzewach, a spadając, łatwo obijają się i pękają. Zerwane i starannie ułożone, przechowują się jakiś czas. To najlepsze jabłka na szarlotkę.



I wreszcie dwie odmiany jabłek późnych - boiken i grochówka. Boiken rośnie pośrodku ogrodu, ma jabłka duże, jasne, kwaśne, ale doskonałe na racuchy, szarlotkę czy do pieczenia. Świetnie się przechowują w piwnicy. Tak naprawdę dojrzałe są dopiero późną jesienią. Tak samo grochówki - zbiera się je w październiku, a do jedzenia nadają się jeszcze później. Do jabłek stosuje się terminy "dojrzałość zbioru" i "dojrzałość spożywcza", które nie zawsze się pokrywają. Czasem jabłko musi trochę poleżeć w odpowiednich warunkach. Takie są właśnie grochówki. Kilka dużych drzew również "odziedziczyliśmy" po Niemcach. 

Tegoroczne boikeny:


Zdjęcie z listopada zeszłego roku - cały sad zasypany grochówkami:


A jakie to są odpowiednie warunki? Idealna jest zimna piwnica, czyli taka, w której nie ma mrozu, ale temperatura utrzymuje się na poziomie kilku stopni. Nasza jest niestety za ciepła, bo stoi w niej piec i przechodzą rury od centralnego ogrzewania. Ale jabłka i tak przechowują się nie najgorzej. 

To zdjęcie zostało zrobione 28 czerwca tego roku. Trzy jabłuszka z przodu to grochówki, z tyłu boiken.


Nie są idealne, błyszczące i gładkie. To raczej "jabłuszka typu babcia". Ale po obraniu z pomarszczonej skórki są pyszne. Nie bardzo soczyste, ale słodkie, bardzo smaczne. Można je jeść jeszcze przez kilka tygodni. A potem pojawią się papierówki. Jabłko - owoc całoroczny.

Przez całą zimę jabłka jemy my i nasza koza. A w najsilniejsze mrozy i śniegi wysypujemy je w sadzie dla kwiczołów, kosów i zajęcy. Jeśli śniegu nie ma, znajdują sobie same to, co zostało na drzewach i pod nimi. Bywa, że w cieplejszy dzień lub podczas wiosennej odwilży odgrzebujemy w sadzie spod liści przechowaną naturalnie grochówkę - jędrne, chrupiące jabłuszko, wystarczy obetrzeć je trochę o spodnie - smakuje jak jesienią. A nawet lepiej.

wtorek, 10 września 2013

Kolory wczesnej jesieni

Kiedy ktoś mnie pyta, po co mi właściwie te kury i koza, odpowiadam: żeby codziennie rano od razu wyjść na dwór. Codziennie rano śledzić kolory, dźwięki i zapachy zmieniających się pór roku. Jajka od własnych kur są zdrowe, mleko kozie to też samo dobro, ale najważniejsza jest chyba higiena psychiczna całej rodziny.

Piękne są zielononóżki w porannym wrześniowym słońcu.


Kura nie orzeł - do nieba nie poleci. Ale ze skrzydeł umie zrobić użytek. Dużo przy tym łopotu i kurzu... ale po co czekać, aż otworzą wyjście, skoro można wyfrunąć przez okno?




A co się stało z małymi kurczaczkami? Są już całkiem duże. Już nie chowają się pod skrzydłami kwoki, mieszkają razem z innymi kurami. Dziś nawet widziałam, jak jeden z nich śmiało grał z całym stadem w rugby (jeśli nie wiecie, jak kury grają w rugby, spróbujcie wrzucić na wybieg jedną śliwkę). 

Tak, to ptaszysko to jeden z tych malutkich puchatych kurczaczków ;-)


Kwiaty dyni wyglądają wyjątkowo egzotycznie. Ogromne, mięsiste, błyszczą w słońcu i wabią pszczoły, które tłoczą się w środku po kilka.




Zielona trawa, błękitne niebo, czerwone jabłka, biała koza. 



 Wrzesień. Grają kolory. Wcale mi nie żal lata.