wtorek, 2 sierpnia 2016

Waleriana

Czasem trzeba zostawić samochód na kilka dni w warsztacie. Fajnie mieć auto, do którego zmieści się rower, dzięki temu można pozwiedzać sobie okolicę i odkryć naprawdę zawiłe ścieżki.
- Grzyby są? - zapytał mechanik na widok mojego koszyka na bagażniku.
- To się okaże!


Droga rowerowa ze Zbąszynia do Chlastawy prowadzi przez piękne tereny nad jeziorem Zbąszyńskim. szuwary, łęgi, ziołorośla. I to właśnie tam wśród turzyc, pnączy kielisznika splątanego z pokrzywami wypatrzyłam kozłek lekarski, czyli walerianę. Tego było mi trzeba! Porzuciłam rower przy drodze i wlazłam w gąszcze...





Pozyskanie korzenia to działanie dość brudzące. Najlepiej właśnie wybierać okazy rosnące w miejscach wilgotnych, na miękkim podłożu, zwłaszcza jeśli nie wozimy ze sobą solidnej saperki. To właśnie korzeń zawiera substancje czynne - pachnie jak apteczne tabletki uspokajające. Często wyrywam kozłka i daję do powąchania dzieciom - nie do pomylenia z czymkolwiek innym. 


Po opłukaniu korzeń waleriany wygląda jak coś przedwiecznego, co długo spało na dnie oceanu i wypełzło, obudzone zaklęciem nieostrożnego nekromanty.


Dlatego właśnie kroimy go na kawałki i zalewamy spirytusem lub wódką. Po kilku dniach zlewamy i używamy jako naleweczki uspokajającej w dawce 2-3 łyżeczki na pół szklanki wody. Można też dodać szyszek chmielu (chociaż ja wolę z chmielu zrobić odrębną miksturę, bo ma trochę inne działanie).


A grzybów nie było.
Dobranoc, spokojnych snów :-)

czwartek, 28 lipca 2016

Kleszczopsychoza

Siedmioletni Pawełek (imiona dzieci zmienione, ale historie prawdziwe) niepewnie spogląda na krótką, przystrzyżoną trawę. Właśnie rozłożyliśmy na niej koce, na kocach talerze, zaraz wjedzie główne danie, nasz półkolonijny obiad robimy w formie pikniku. Pawełek wzdycha, kręci się, w końcu mówi, że zje w budynku, całkiem sam. Zje sam, bo nie lubi trawy.

Jakiś czas później organizujemy podchody. Do Pawełka dołącza Tomek.
- Nieee, do lasu nie... Nie lubię lasu.
- Nie lubisz lasu? Ale czego w nim nie lubisz?
- Nie wiem. Po prostu nie lubię.
- Czegoś się boisz w lesie...?
- Chyba tak. Nie wiem. 
- Ale czego? Dzikich zwierząt? Ludzi? Potworów?
- Nie...
- Boisz się kleszczy?

Pawełek opuszcza głowę, mruczy coś pod nosem. Proponuję spray odstraszający. Chłopiec smutno kręci głową:
- To nie pomoże... mój pies też był popryskany takim czymś, a i tak miał kleszcza.

Pozostałe dzieci - podobnie jak większość z tych, które przyjeżdżają na półkolonie, w których uczestniczę - przed wyjściem do lasu obficie, bardzo obficie spryskują się środkami odstraszającymi. W lesie z dużymi oporami schodzą ze ścieżki. Co chwilę się oglądają, pokazują mi jakieś paproszki, 
ziarnka piasku na skórze - czy to może być kleszcz?

Dziewczyny szukają miejsca na budowę bazy. Pod płotem stoi zachęcająca konstrukcja z palet, z dachem z plandeki - żeby do niej dojść, trzeba przejść kilka metrów przez dość wysoką trawę. Nikt z niej nie korzysta, dzieciaki biją się o ciasną przestrzeń przy ścieżce, 3000m2 działki stoi puste. Po posiłku prosimy dzieci, żeby wyrzuciły niedojedzone resztki na kompost. Do kompostu prowadzi również ścieżka wśród wysokiej trawy. Dwoje dzieci prawie wpada w histerię na samą myśl o przejściu tamtędy...

Po południu rodzice przyjeżdżają po dzieci. 
- A popryskałeś się od kleszczy, tak jak prosiłam? Dokładnie?



Czytałam niedawno o tym, że kleszcze zaczynają być problemem psychologicznym, że mamy już do czynienia ze społeczną fobią, ale nie sądziłam, że jest aż tak źle. Nie sądziłam, że to aż takie szaleństwo, taka psychoza... Szaleństwo i psychoza kompletnie nieuzasadnione. Richard Leuv w 
"Ostatnim dziecku lasu" pisał o syndromie Baby Jagi i wydawało mi się, że może to rzeczywiście jest problem w warunkach amerykańskich, ale u nas? Tymczasem kleszcz stał się najstraszniejszą Babą Jagą, skutecznie i trwale oddzielającą dzieci od przyrody, od tego, co jest im niezbędne do 
prawidłowego rozwoju. To już wiemy - im mniej przyrody, im mniej swobodnej zabawy wśród traw, w zaroślach, w lesie, tym więcej problemów, chorób, wad, dysfukcji, zaburzeń. 

Rodzice! Przestańcie przenosić na dzieciaki swoje fobie. Poczytacie, dowiedzcie się więcej, przestańcie się bać, przestańcie zarażać dzieci bezsensowną psychozą. Ktoś powie - jak to, przecież borelioza, odkleszczowe zapalenie mózgu! Tak, są takie choroby. Rzeczywiście w Polsce ostatnio jest ich więcej, bo kleszczy jest więcej. A kleszczy jest więcej, bo rozregulowaliśmy klimat na naszej jedynej planecie i mroźne zimy nie redukują już ich liczebności. Ale to przecież nie znaczy, że jakikolwiek kontakt z kleszczem oznacza zaraz zakażenie i śmierć w męczarniach. Kleszcze z boreliozą w Polsce to 3-25% wszystkich kleszczy, więcej jest wciąż w regionach północno-wschodnich. Nawet jeśli kleszcz kogoś ugryzie, nie znaczy to, że ma boreliozę. Jeśli nawet ją ma, nie oznacza to, że ją wpuści - im wcześniej usunięty, tym mniejsze ryzyko. Nawet jeśli ją wpuści, organizm może zwalczyć ją w odczynie miejscowym. Nawet jeśli na boreliozę się zachoruje, nie jest to choroba śmiertelna (pomijając naprawdę rzadkie przypadki ciężkich powikłań sercowych), daje się skutecznie leczyć antybiotykami, zwłaszcza wcześnie wykryta. W Polsce zapadalność na boreliozę wynosi ok.30-40/100000 osób. ROCZNIE! Dla porównania, w miesiącach zimowych zapadalność na grypę wynosi nawet 20/100000 osób, 
ale DZIENNIE. Czyli przez dwa dni na grypę choruje tyle ludzi, ile przez cały rok na boreliozę! Na grypę, dużo bardziej od boreliozy niebezpieczną i śmiertelną (0,5% przypadków kończy się śmiercią). A jednak chodzimy do urzędów, do szkół i przedszkoli, do przychodni i kościołów, jeździmy autobusami itp. To dlaczego wpadamy w obłęd strachu na widok wysokiej trawy? Jest jeszcze kleszczowe zapalenie mózgu. Można się na nie zaszczepić, ale to rzadka choroba. Co roku choruje na nie 200-300 osób w całej Polsce, z tego 2-3 umierają. Dla porównania, na polskich drogach co roku ginie ok. 3000 osób, a ok. 40000 zostaje rannych. Mimo to rodzice pakują swoje pociechy do auta i wyjeżdżają na te śmiertelnie niebezpieczne drogi, i grzeją ile maszyna pozwoli do miast, gdzie w wyniku smogu umierają rocznie dziesiątki tysięcy ludzi. Ale przynajmniej wśród asfaltu i betonu, wśród szkła i plastiku, wśród smrodu i toksyn nie będzie się czaił żaden krwiożerczy pajęczak... 

Strach się opłaca. Wolny rynek uwielbia przerażonych rodziców i zastraszone dzieci. Konsument bojący jest bardziej kupujący. Tylko czy cena nie jest za wysoka? 

poniedziałek, 4 lipca 2016

Znowu jesteś chora!

A ty znowu jesteś chora.
Ciągle jesteś przeziębiona! Jak cię ostatnio widziałam, też smarkałaś.
Wciąż kaszlesz! 
Kiedy ty się wyleczysz?
Powinnaś jakoś zadbać o siebie.

Chyba każdy to czasem słyszy. Ja też - chociaż wcale nie choruję wiele. Wzięłam te zdania ostatnio na warsztat, bo budzą we mnie dość silne emocje. Wypowiadające je osoby mają pewnie różne intencje, ale możliwe, że często jest to troska, zainteresowanie. Nic złego. Choć może komunikat nie zawsze szczęśliwie sformułowany.

A jednak ja słyszę tu ciągle krytykę i ocenę.
Wszystko się we mnie jeży
Złości mnie to, frustruje, irytuje.

Początkowo pytałam siebie - czemu ci ludzie się mnie czepiają? Co ich obchodzi moje zdrowie czy choroba? Czemu mnie oceniają, krytykują, zamiast się zatroszczyć, wesprzeć? I zaraz włącza się obrona, czasem przez atak... czasem skierowany w swoją stronę...

Ale zaraz, przecież wcale się nie czepiają. Nie mam żadnych dowodów na to, że chcą mnie ocenić czy skrytykować. Kaszlę, kicham, no to stwierdzają fakt. 
Tylko ja czuję się winna. Ale właściwie dlaczego? 

* * *

Ubierz czapkę, bo się przeziębisz!
Nie lataj boso, bo dostaniesz kataru!
Natychmiast włóż kurtkę, bo będziesz chory!
Uważaj, bo upadniesz! Widzisz? Mówiłam, że upadniesz! Trzeba było słuchać.
Znów moczysz łapy - będziesz w łóżku leżeć, zobaczysz. 
Boli? Ano boli, mówiłam - nie biegaj, nie skacz. Masz teraz karę.
Bozia pokarała, bo babci nie słuchałeś.
No i masz katar - sama chciałaś. Na własne życzenie.

Takie niewinne teksty, prawda? Pełne troski, wychowawcze, dydaktyczne. Od pokoleń powtarzane, wpajane dziadkom przez pradziadków, rodzicom przez dziadków, dzieciom przez rodziców i tak dalej. Żeby dziecko wiedziało, żeby następnym razem tak nie zrobiło, żeby znało przyczynę i skutek. Żeby łatwiej było je kontrolować, żeby było nam z nim łatwiej. Bo przecież nie chcemy, żeby chorowało. Ale czy rzeczywiście to tak działa, czy dziecko przestanie włazić na drzewo czy latać bez czapki, jak usłyszy o możliwych skutkach, które są tylko potencjalne i zwykle wcale się nie zdarzają, a na pewno nie od razu? Czy dzieci działają w ten sposób? Chyba nie, nawet dorośli tak nie działają. 

Te teksty są nieskuteczne. Ale są nie tylko nieskuteczne.

Właśnie tak. Jesteś chora - to twoja wina. Boli - to twoja wina. Wciąż kaszlesz - czuj się winna. Jeśli chorujesz, to znaczy, że jesteś beznadziejna, głupia, słaba, a na pewno nieposłuszna. Bo trzeba słuchać starszych i mądrzejszych, którzy dają rady, ostrzegają, edukują, a jak nie słuchasz, jak chcesz po swojemu, to teraz masz. Masz raka, masz depresję i zamiast skupiać się na leczeniu, na tym, jak najszybciej wyzdrowieć, będziesz się dręczyć poczuciem winy. Bo trzeba było słuchać, trzeba było ubrać tę czapkę czy skarpetki. Trzeba było rzucić palenie, mniej się stresować. A teraz wszyscy mają z tobą problem. 

* * *

A może jest inaczej? Każdy czasem choruje, jedni częściej, inni rzadziej. Zależy to od genów, od środowiska, w którym przebywamy, od diety, od wielu, wielu rzeczy, na jedne mamy wpływ, na inne nie. Również od potworów w głowie. Każdy też czasem potyka się, przewraca, dosłownie czy w przenośni. Ma jakiś problem. Czasem rzeczywiście mogłabym więcej spać, lepiej się odżywiać i mniej pracować, żeby poprawić swoją odporność. Ale wybieram tak, a nie inaczej. Możliwe, że jest to wybór w tym momencie optymalny, że wybierając inaczej, straciłabym więcej. A może nie. Katar, infekcja, alergia są sygnałem, który mój organizm wysyła, informacją, za którą jestem wdzięczna. Czas się zatrzymać, zrezygnować z tego czy tamtego, odpocząć.

Czego wtedy potrzebuję? Wsparcia, spokoju, gorącej herbaty, bezpieczeństwa, pewności, że świat się nie zawali, jeśli jeden dzień poleżę pod kocem. Na pewno nie potrzebuję poczucia winy. Teraz już wiem, skąd się ono bierze i mogę nie przekazywać go dalej.

Lubię to uczucie, kiedy kolejna mina w mojej głowie zostaje rozbrojona. 


niedziela, 19 czerwca 2016

Słonecznik i potwory

Znowu wykopał roślinę z grządki kwiatowej założonej i pielęgnowanej przez babcię.
Urwał kilka liści z krzaka malin do tajemnej mikstury. Zrobił kompozycję z płatków piwonii.
Znowu zerwał niedojrzałego pomidora ze szklarni dziadka. Też do mikstury.
Wykopał dziurę w trawniku. Zrobił jezioro przed domem.

* * *

Dziewczynka patrzy na słonecznik. Jest ogromny, największy w ogrodzie. Złote płatki uschły, część z nich opadła, część wisi jeszcze wokół wielkiej, pstrokatej tarczy. Słonecznik kołysze się na włóknistej łodydze. Dziewczynka stoi na palcach i widzi dwukolorowe, pełne ziarna. Sięga, wyciąga się wyżej i wyżej, aż dosięga brzegu tarczy, drugą ręką próbuje wyłuskać ziarenko, ale właśnie wtedy słonecznik zaczyna wyginać się w dół, dziewczynka traci równowagę i leci na ziemię. Wstaje i widzi złamany słonecznik. I czuje w brzuchu mdlący, ciepły strach. 

Dziewczynka stoi w kącie między drzwiami a piecem kaflowym, patrzy na świat przez wąską szczelinę drzwi. Stoi tam za karę. Teraz już nie ma tego pieca.

* * *

Chcę mu wytłumaczyć, pokazać, nauczyć. Bo to jest tak, że kiedy ktoś włoży w coś - na przykład w ogród czy trawnik, uporządkowanie czegoś, posadzenie, dbanie o coś - dużo pracy, to zwykle mu zależy, żeby to coś nie zostało zniszczone, zmarnowane, zużytkowane inaczej, niż twórca-założyciel sobie wymyślił. I dlatego może być smutny, rozżalony, wściekły, kiedy tak się stanie. Bo wkładając w coś pracę, wkładamy w to część siebie. Nikt nie chce, żeby jego części działa się krzywda.

Poza tym lubimy, kiedy coś idzie zgodnie z naszym planem. Kiedy ktoś planuje, że tu będą irysy, realizuje swój plan, wkładając w to część siebie, to może być smutny, rozżalony, wściekły, kiedy w tym miejscu ktoś inny planuje i realizuje dół z błotem.

* * *

- Ale te pomidory były mi potrzebne do mikstury odstraszającej potwory!
- Bo ja tu zakładam hodowlę potworów. One żywią się tylko płatkami kwiatów! I tylko kwiatów uprawnych, nie mogą jeść dzikich. Wtedy robią się niebezpieczne. Te potwory zimą żywią się mięsem, ale latem mogą jeść tylko płatki kwiatów.
- Ale to potwory wykopały! Widziałem. Takie nieduże, w tym roku się wykluły. Narysuję ci, jak wyglądały.



Chcę mu wytłumaczyć, pokazać, nauczyć. Ale chcę reagować jak dojrzały dorosły. Chcę opowiedzieć o uczuciach, o potrzebach, o tym, co osobiste, moje. O tym, co widzę, co czuję, czego potrzebuję, co ktoś widzi i czuje. Czego chcę. Niekoniecznie reagować natychmiast. Działać planowo i z sensem. Tymczasem mieszka we mnie dziewczynka, która patrzy na złamany słonecznik. Potwory istnieją. Są nimi przekonania, które wędrują z pokolenia na pokolenie, strasząc kolejne dzieci, blokując sposób myślenia kolejnych dorosłych, którzy najpierw stoją w kącie, a potem w imię tych samych potworów stawiają dzieci do kąta. I tak w kółko i w kółko.

Praca dorosłych jest święta. Ogród to świętość, nie wolno dotykać tego, co w nim rośnie. Dorośli mają swoje miejsce, a dzieci swoje. Miejsce dorosłych jest ważne i święte, miejsce dzieci jest nieważne. Dzieci w ogóle są nieważne, złe i głupie. Trzeba je dopiero wychować, pokazać, co dobre, a co złe.
To dorośli decydują. Słowo dorosłych jest święte. Dzieci muszą być posłuszne.
Nieposłuszeństwo to zło i zasługuje na karę. 

A gówno, mówi dziewczynka, podnosi słonecznik, otrzepuje go z piachu, wyłuskuje ziarenka, gryzie i pluje potworom w pysk łupinkami, aż uciekają przerażone. Tak, kiedy dorośnie, powie dzieciom, wytłumaczy, pokaże, nauczy. Ale nie będzie wtedy przerażoną dziewczynką, osaczoną przez potwory przekonań. Będzie dorosłą kobietą, świadomą swoich potrzeb, pragnień, uczuć. I tego, co się w niej czai w ciemności.

I posadzimy razem słoneczniki. I pomidory też.


wtorek, 7 czerwca 2016

Placki zielarki

Ostatni tydzień upłynął nam na festiwalu "Ginące Zawody" w Muzeum Etnograficznym w Ochli. Andrzej pracował jako zdun, remontując piec chlebowy, ja pokazywałam dzieciom pracę zielarki, a na koniec dnia smażyłam z dzikiego zielska placki, które robiły furorę wśród części uczestników. Poniżej kilka zdjęć z imprezy i przepis na placki - smacznego i zapraszamy za rok! :-)









PLACKI ZIELARKI

kilka garści różnorodnego posiekanego zielska (podagrycznik, krwawnik, pokrzywa, bluszczyk kurdybanek, liście lipy, kwiaty robinii czyli akacji, jasnota i co tam jeszcze pod płotem rośnie)
6-8 jajek (można zrobić w wersji wegańskiej, ale wtedy wychodzą całkiem inne)
łyżeczka soli
mąka i woda - dodawać po trochu do konsystencji ciasta na racuchy

Składniki wymieszać. Placki wychodzą lepsze, jeśli ciasto postoi kilkanaście minut (zielsko trochę przywiędnie). Smażyć w dość dużej ilości dobrze rozgrzanego oleju.



Smacznego :-)

I zapraszam na warsztaty z dzikiej kuchni 12 czerwca w Zielonej Górze!



sobota, 14 maja 2016

Szparagi nad Wisłą :-)

Kto nie dotarł, kto przestraszył się porannego deszczu, może żałować :-) Wcale nie padało, było ciepło, przyjemnie, ptaki śpiewały, głogi pachniały oszałamiająco, a przyroda nadwiślańska odkryła przed nami parę sekretów... Storczyków nie znaleźliśmy, ale dzikie szparagi - owszem, po przejściu naszej grupy niewiele z nich zostało. Była też waleriana (czyli kozłek) o zapachu tabletek na uspokojenie, dzika marchew pachnąca marchwią, bardzo czosnkowy czosnek kątowy, wyczyniec - lisi ogonek, bluszczyk kurdybanek do zupy i wiele, wiele innych... Nad Wisłą spacerowała sieweczka i czapla, na konarze w rzece siedziała rybitwa, rozmawialiśmy o roślinach i ptakach, oszyjkach, okrajkach i łęgach, o cennej Puszczy i złym ministrze, o mokradłach, torfowiskach i torfie, o chronionych siedliskach i gatunkach inwazyjnych, o restytucji łąk...

Dziękuję za wspaniałe towarzystwo i dobrą energię :-) Na pewno będzie powtórka.

Zdjęcia - Małgorzata Michałkow, bardzo dziękuję!

Kwitnące głogi - dobre na serce :-)

Zapach kozłka lekarskiego, czyli waleriany

Kwitnie żywokost

Na czosnku kątowym pająk kwietnik pożera koziułkę :-)

Rybitwa i kaczki

Okazało się, że nawet w nadwiślańskich łęgach zdarzają się kłody piastunki (ta piastowała małe dęby)...


Następny warszawski spacer może w lipcu na Golędzinowie? 

Dzika kuchnia w Ochli

Fotorelacja z warsztatów dzikiej kuchni w Muzeum Etnograficznym w Ochli - było super. Dwie grupy, pierwsza mniej liczna, druga - gdy ludzie podpatrzyli, co robimy - po prostu tłumna :-) Miejsce jest wymarzone do zbierania i gotowania dzikiego zielska - zróżnicowane, bogate w gatunki środowisko (las liściasty, żyzne przychacia i przypłocia, strumień i okolice, łąka...), no i sąsiedztwo pięknych, starych chat, pozwalające poczuć się jak na dawnej wsi... choć pewnie kiedyś kury, kaczki i wszelkie inne wiejskie stworzenie nie zostawiało przy chatach aż tyle smakowitej zieleni i na poszukiwania trzeba byłoby odejść parę kroków dalej.

Było tak:









Wszystkie zdjęcia: Wiesława Biernacka, bardzo dziękuję! :-)

Jeśli ktoś jeszcze chciałby wtajemniczyć się w sekrety dzikiej kuchni, zapraszam w najbliższym czasie na warsztaty dzikiej kuchni (w tym gotowanie na ogniu) w okolicach Zielonej Góry i Puszczykowa! Bardzo proszę o przekazanie tej informacji wszystkim potencjalnie zainteresowanym.