środa, 18 lutego 2015

Przedwiośnie nad Wisłą

Czas trochę zmienić krajobraz, wyjść na chwilę ze swojskiego kurnika i sadu i pojechać 400 km na wschód. Raz w tygodniu - w sezonie częściej, zimą rzadziej - jeżdżę do Warszawy, gdzie pracuję w projekcie odtwarzania łąk zalewowych w warszawskiej dolinie Wisły. Właśnie kilka dni temu pierwszy raz w tym roku pojechałam w teren. Świeciło słońce, wiał mroźny wiatr, śpiewały sikory, a na wierzbach rozwijały się pierwsze bazie. I chwilami naprawdę trudno było uwierzyć, że jesteśmy w mieście, w stolicy. Przypominał o tym tylko hałas pobliskich ulic.

Widać Pałac Kultury :-)



A tu widziałam dzika. To jeden z naszych obszarów restytucji.


To wciąż Warszawa, choć już trochę dalej od centrum.



Kępki zielska i patyków na drzewach pokazują, jak wysoko czasem sięga tu woda.




Zakochuję się w Wiśle :-) 

niedziela, 15 lutego 2015

Testosteron

Halo, czy są tu wielbiciele (i wielbicielki) kuraków? :-)


Będzie znowu o nich, nowe stadko daje jednak mnóstwo okazji do ciekawych obserwacji.
Towarzystwo zaaklimatyzowało się i wreszcie zaczęło produkować jajka.


Ozimina już wiosennie bujna i zielona, więc codziennie dostają sporą porcję. Na zdjęciu Tymo z oziminą i buntem dwulatka :-) który ostatnio towarzyszy nam nieustannie.


Najmłodsza panna :-)


Spróbowałam dzisiaj wypuścić razem dwa koguty, od paru dni normalnie spacerowały oddzielone tylko siatką, poza pianiem nie interesowały się sobą (pozornie, jak się okazało), no więc otworzyłam drzwi. Mieliśmy już kiedyś kilka kogutów na jednym wybiegu i było całkiem spoko, poza tym że stworzyły wspólnie gang złodziei jajek. Ale to były koguty, które razem chowały się od pisklęcia. Tutaj tak nie było.

Wielką trucizną jest testosteron :-)


Koguty podskakiwały naprzeciwko siebie z nastroszonymi kryzami, uniesionymi skrzydłami, tupały, syczały... A raz na jakiś czas skakały na siebie z dziobami i pazurami. Sussex jest większy i cięższy, ale zielononóżek szybszy, zwinniejszy i bardziej skoczny. Szanse więc może były wyrównane, ale zielononóżek ma duży grzebień, który podobno świadczy o wysokim poziomie testosteronu, bardzo dobrze ukrwiony i podatny na urazy - zdarzało mu się np. uszkodzić o siatkę. Pozwoliłam chłopakom poskakać trochę, ale nie zapowiadało się na to, żeby miały przestać... Po pierwszej krwi (grzebień zielononóżka oczywiście) wprowadziłam między nabuzowane samce radykalny środek w postaci gospodarskiego gumowca...


...złapałam tego, którego łatwiej było złapać (pierdołowaty sussex) i wrzuciłam do izolatki. Jednocześnie okazało się, że kurka krzywodzióbka, wcześniej mieszkająca z zielononóżkiem, obrywa od pozostałych kur, więc też złapałam ją i wrzuciłam do drugiej izolatki. Zielononóżek tymczasem skorzystał z okazji, uciekł na duży wybieg, nie dał się już złapać i na kilka godzin został znów królem kurnika :-)


Wieczorem, kiedy towarzystwo spało po ciemku na grzędach, dokonałam niezbędnych zamian i przetasowań. Krzywodzióbka z zielononóżkiem korzystają z wybiegu kozy, kiedy jest na pastwisku, sussex króluje na wybiegu kurnika z resztą towarzystwa. Trudno.


I takie to wiejskie życie nie zawsze sielankowe ;-)

wtorek, 10 lutego 2015

Nowe stado

Kilka dni po okropnych wydarzeniach, które opustoszyły nam kurnik, znalazłam ogłoszenie o sprzedaży kurek z najbliższej okolicy. Malutkie ekologiczne gospodarstwo cudownie położone wśród łąk doliny Leniwej Obry, kilka kilometrów od nas, musi sprzedać kurki, bo po zimowych wichurach kurnik wymaga generalnego remontu. Najlepiej komuś, kto nie zrobi z nich rosołu, tylko zapewni szczęśliwe życie i emeryturę...

Zadzwoniłam natychmiast.

Są u nas już tydzień i powoli się oswajają. 



Owszem - nie wszystkie kurki są kurkami :-) Nowy dom znalazła u nas również para kaczek - biegusów indyjskich, zwanych trafnie kaczkami-pingwinami. Są prześmieszne, w kilka minut zamieniają w błoto każdą ilość wody, jeszcze trochę przestraszone, ale myślę, że szybko się oswoją, zwłaszcza że u poprzedniej właścicielki chodziły krok w krok za ludźmi. Biały jest kaczorek, a czarna kaczuszka. O ile kury już trochę znam i mniej więcej wiem, o co im chodzi, jakie wydają dźwięki, jakie mają zachowania i co one znaczą, to kaczki są dla mnie zupełną nowością.


Poza tym towarzystwo bardzo zróżnicowane. Są trzy kurki brązowe, jedna czarna (w tym momencie moja ulubiona, bardzo ciekawska kurka), jedna biała i jedna jarzębata - najładniejsza, najstarsza i największa. No i kogut - rasowy ;-) Niestety między naszym kogutem a nowym rezydentem od razu doszło do spięć i chwilowo chłopaki muszą mieszkać osobno. Naszemu kogutkowi dokwaterowałam dodatkowo kurkę krzywodzióbkę, rekonwalescentkę po psiej rzezi. Kurka ma się dobrze, koguty oglądają się przez siatkę i pieją na dwa głosy (nasz woła klasycznie "kukuryku!" a przybysz odpowiada niżej "kukururu!"). Nasz jest bardziej zadziorny, ale nowy jest większy i cięższy, więc nasz w pierwszym starciu nieźle oberwał, zwłaszcza że ma okazalszy i bardziej podatny na urazy grzebień. Może z czasem jakoś ustalą strefy wpływów i będą mogły być razem.

Tu nowy szef kurnika - zresztą dość słaby z niego przywódca, póki co zdecydowanie rządzi jedyna pozostawiona w stadzie zielononóżka. Jest w końcu u siebie.


Tu ciekawska czarna :-)


Biała (piękny ma ogon) i kaczorek.


I jeszcze raz całe towarzystwo, włącznie z szefową na pierwszym planie. Dostawa świeżej oziminy wreszcie pozwoliła nam przełamać lody i wreszcie mogłam spokojnie zrobić im zdjęcia z bliska, wcześniej uciekały.


I tak poznajemy się powoli z nowym stadem. Chciałabym jeszcze tylko, żeby zaczęły... znosić jajka :-P Póki co doczekałam się zaledwie dwóch. Ale mam nadzieję, że kiedy stres opadnie i wiosenne słoneczko zaświeci, jajeczka jeszcze się sypną. Również kacze :-)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Dyniowy maraton

Dynia to warzywo, które w dobrych warunkach przechowuje się długo. Kiedyś, kiedy powszechne były zimne piwnice z temperaturą do kilku stopni, można było nawet do maja cieszyć się wyhodowanymi jesienią dyniami. Teraz w naszej piwnicy stoi piec i przechodzą rury od centralnego ogrzewania - warzywa przechowują się do połowy zimy, ale niewiele dłużej, zwłaszcza kiedy zima jest taka jak w tym roku. Moje dynie schowałam w słomie w budynku kurnika. Trzymały się nieźle, jednak kilkunastostopniowe temperatury na dworze dały im się we znaki i w pewnym momencie okazało się, że trzeba dość szybko zjeść wszystkie. Rozpoczęliśmy dyniowy maraton.



1. Zupa dyniowa

Zupa dyniowa to u nas pewniak, który na pewno będzie wszystkim smakował (no, może prawie wszystkim, Tymo nie ma jej w swoim wąskim zakresie troficznym), świetnie się też nadaje do przyjmowania gości - w większości domów to jednak egzotyka. Można ją jeść na obiad (u nas zwykle z makaronem), można pić z kubka jako ciepłe śniadanie albo przegryzać bagietką na kolację. Robię wielki gar na 2-3 dni.
Robię ją w dwóch wersjach. Pierwsza - z dyni typu hokkaido, bardziej pożywnej, mącznej i ciekawszej w smaku - nie wymaga właściwie prawie nic prócz dyni. Można pokroić cebulkę albo kawałek świeżego imbiru i poddusić je wraz z dynią na oliwie, potem dodać wody, soli, pieprzu, można imbiru jeszcze - ugotować, zmiksować. I koniec. Jeśli używam bardziej wodnistej dyni o mniej charakterystycznym smaku (np. atlantic giant), dodaję jeszcze marchewkę, pietruszkę, ziemniak, więcej cebuli. I tak samo całość najpierw duszę, a potem zalewam wodą, przyprawiam, gotuję i miksuję. Imbir koniecznie, nieźle gra też czarnuszka.

2. Owsianka z dynią

Sposób na przemyt dyni nawet najwybredniejszym typom (które jednak tolerują owsiankę, zwłaszcza odpowiednio, hmm, doprawioną i ozdobioną). Do zimnej wody utrzeć drobno kawałek dyni, dodać dwie garście płatków, parę minut niech namakają, powolutku gotować do lubianej konsystencji (u nas totalna paciaja), na końcu dodać łyżeczkę masła. Na talerzu posypać łyżeczką "sztucznego" i "chemicznego" kakao rozpuszczalnego i sprzedać potworom jako deser czekoladowy. Dynia? Jaka dynia?



3. Risotto z dynią

Albo kaszotto, jeśli użyjemy kaszy. Do naczynia żaroodpornego wlewam dwa kubki gorącej wody, wsypuję 1 kubek kaszy albo ryżu, dolewam oliwy i przypraw - no cóż, na zjadalność potrawy w naszym domu dobrze wpływa dodany na tym etapie sos sojowy oraz tzw. jarzynka, ale taka bez soli i glutaminianu, tylko suszone drobno pokrojone warzywa. Nadaje to najwyraźniej jakiś atrakcyjny fastfoodowy smak, który moje starsze dziecko, raczej nie znające fastfoodów, instynktownie preferuje, co ogranicza mocno kulinarne pole działania. Ambitniej będzie zapewne z curry albo czymś w tym rodzaju ("ja tego nie lubię, nie lubię koloru żółtego!"). Wstawiam do piekarnika, w tym czasie kroję cebulę, marchewkę, dynię, wrzucam jak ryż/kasza wchłonie już trochę wodę, mieszam. Jeśli dynia jest hokkaido, to trzeba uważać, czy nie trzeba dolać wody w trakcie, bo będzie za suche, jeśli dynia jest z tych wodnistych, do dla odmiany trzeba się martwić o nadmiar płynu (wodnistą zapiekankę dobrze ratuje się kostką sojową albo granulatem). Jak już gotowe, na wierzchu układam jeszcze na 2-3 minuty żółty ser.

4. Zapiekanka warzywna, oczywiście z dynią

Pokrojone ziemniaki, marchewki, pietruszki, cebula, czosnek, dynia, oliwa, pestki dyni, sól, pieprz. Opcjonalnie na wierzchu w ostatniej chwili ser.


Została mi jeszcze jedna mała masłowa. Może wytrzyma w lodówce jeszcze parę dni, bo chyba wszyscy mamy dość :-)

wtorek, 27 stycznia 2015

Kurki :-(

Nasze biedne kurki!
Nikt się nie spodziewał, jaki okropny spotka je los.

Ostatnie dni leżał śnieg, kury kisiły się na wybiegu i w kurniku, dziś śnieg zaczął topnieć, więc wypuściłam je na podwórko - ogrodzone, wydawałoby się - bezpieczne, do tej pory bezpieczne - żeby poskubały trawkę i pogrzebały w liściach. Wybiegły bardzo szczęśliwe - a godzinę później większość z nich już nie żyła!

Kiedy Andrzej ze Stachem wychodzili na dwór, Stach wybiegł jak zwykle pierwszy, ale nie pobiegł jak zwykle do zwierzaków, ale cofnął się do korytarza i zamknął drzwi. Kiedy Andrzej zszedł, Stach powiedział, że na podwórku są jakieś obce psy. 

Obce psy, włóczące się pewnie za cieczkami, przeszły jakoś przez płot i zagryzły prawie wszystkie nasze kury. Najpierw Andrzej zauważył trzy martwe, rozszarpane, leżące na podwórku i przybiegł mi o tym powiedzieć. Byłam załamana, ale po chwili okazało się najgorsze - prawdziwa rzeź odbyła się w środku w kurniku, gdzie kury pobiegły się schronić. Psy pobiegły tam za nimi, weszły do środka. Wyglądało na to, że zginęły wszystkie! Dopiero po chwili zza domu wyszedł bardzo przestraszony kogut - kiedy psy zaczęły mordować, pobiegł w inną stronę niż reszta stada i to go ocaliło. Kiedy Andrzej zbierał martwe ciała kurek, pojawiła się skądś jedna całkiem nienaruszona - przyczaiła się chyba za wychodkami. No i jedna z martwych okazała się nie całkiem martwa. Możliwe, że przeżyje.

Dziesięć kur zabitych, jedna ranna. Ocalał bez szwanku kogut i jedna kurka.

* * *

Kilka dni temu napisałam fajny wiersz o szczęśliwych psach włóczących się po łące, dziś wieczorem chciałam go tu wkleić. Nie wkleję, dziś jestem wściekła na cały psi ród, oczywiście niewinny, winny jest człowiek, który nie pilnuje, nie sterylizuje itd. Ale nawet na Kacperka nie mam dziś ochoty patrzeć. Zresztą wyczuwa i schodzi mi z oczu :-(

piątek, 23 stycznia 2015

Styczniowy przekładaniec

Rok zaczął się od grypy, prawdziwej grypy, która dopadła całą naszą czwórkę dokładnie w momencie, kiedy ruszyliśmy z remontem.
Na szczęście pozbieraliśmy się już - a remont, który miał być szybki, ciągnie się w nieskończoność.

Oczywiście remont ma swoje zalety. Jedną z nich są materiały budowlane. Oczywiście, można budować z klocków. Ale po co? ;-)


Jeszcze trzy dni temu było tak:





A dziś rano obudziliśmy się i było już tak:


Udało nam się nawet ulepić bałwana - pierwszego w tym roku, może ostatniego? W każdym razie wyszedł całkiem okazały - choć przy dodatniej temperaturze również niezbyt trwały.


Śniegowy standard.


Niby nie ma zimy, ale już by się chciało wiosny. Niby śpiewają rudziki, a nawet można usłyszeć kosa o poranku - to jednak wciąż nie to. Chciałoby się ciepłego deszczu, zapachu ziemi, kwitnących drzew... i zieleniny z ogrodu na kanapce. Póki co - trzeba zadowolić się tym, co jest...


Byle do wiosny!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Posmaruj

Zima wreszcie przyszła, mróz szczypie w policzki, więc temat na czasie. Wargi, twarz, ręce - to wszystko robi się czasem szorstkie, zaczerwienione, podrażnione. Czasem od mrozu, ale też od chlorowanej, twardej wody, kosmetyków, alergii i wielu innych. I wydaje się, że jest na to jedna jedyna rada - czymś posmarować. Kiedyś był krem nivea i krem glicerynowy do rąk, teraz jest ogromny wybór, tysiące kremów w różnych przedziałach cenowych, z różnymi tajemniczymi składnikami, w tym oczywiście eko i organic, do wyboru do koloru. Ekomaniaczki smarują się zresztą olejami, tego też jest duży wybór, kokosowy, arganowy itp. Ważne, żeby było posmarowane - bo inaczej skóra nie da sobie rady, będzie czerwona, pomarszczona, złuszczy się albo przeciwnie, będzie świecić, wyjdą pryszcze i w ogóle odpadnie po trzech dniach.

Dlatego miliony ludzi wydają miliony na kremy. Na noc, na dzień, do twarzy, pod oczy, do rąk, do ciała i nawet do tyłka, bo smarowanie zaczyna się od pierwszych dni po urodzeniu. Przemysł kosmetyczny skacze z radości pod niebo.

Wpadła mi kiedyś w ręce gazetka rozdawana w aptekach, a w niej tekst o tym, jak zadbać o skórę po sezonie. Najpierw pani kosmetyczka opisywała dokładnie, jak to skóra w reakcji na warunki atmosferyczne wytwarza sobie naturalną warstwę ochronną - grubieje naskórek, buduje się płaszcz lipidowy. Ciekawe, myślę sobie, czyli jednak ktoś zauważa, że skóra nie jest taka bezbronna i bezradna wobec słońca, wiatru i mrozu, jak by się wydawało. Ale już kilka akapitów dalej nastąpił wyczerpujący opis przeróżnych zabiegów o długich nazwach, chemicznych i fizycznych, które należy wykonać, aby... warstwy ochronnej się pozbyć! Zedrzeć ją ze skóry laserem, zetrzeć, spiłować, rozpuścić chemikaliami. Po czym oczywiście za ciężkie pieniądze zregenerować, odżywić i posmarować. I smarować regularnie, bo skóra musi być chroniona.

Czy tylko mnie się wydaje, że coś tu jest nie tak? :-)

A teraz wyobraźmy sobie krem idealny. Jest takie modne słowo - spersonalizowany. Dostosowany dokładnie do naszej skóry, do naszej cery, jej aktualnych potrzeb i problemów. Jego skład i aplikowana ilość zmienia się automatycznie w zależności od temperatury i wilgotności na zewnątrz, od poziomu nawilżenia i natłuszczenia naszej skóry i wielu innych czynników. Zmiękcza skórę, nawilża i natłuszcza, nadaje jej elastyczność, dodatkowo działa antybakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Naprawdę magiczna substancja.

Każdy z nas ma taki krem. Bezpłatnie. Nazywa się niezbyt ładnie, może mało zachęcająco - łój. Ładniejsze nazwy to sebum albo płaszcz  lipidowy. Wytwarza go nasza skóra. Zawiera glikozydy, kwasy tłuszczowe, woski, sterole oraz skwalen (bardzo ważny składnik). Żaden koncern kosmetyczny nie wymyśli nigdy nic lepszego.

Łój wydzielany jest przez gruczoły łojowe. A gruczoły łojowe działają tak jak wszystkie inne gruczoły. Gruczoły mleczne wytwarzają tyle mleka, ile wypija dziecko, takiego, jakiego właśnie potrzebuje. Jeśli dziecko jest dokarmiane mieszanką, gruczoły mleczne produkują mniej mleka, bo mniej jest wysysane z piersi. I tak samo jest z łojem. Jeśli skóra jest wysuszona i potrzebuje nawilżenia czy natłuszczenia, czarodziejskiego kremu będzie więcej i będzie miał odpowiednio dostosowany skład. Oczywiście zadziała też łagodząco na podrażnienia, jeśli tylko dać mu trochę czasu. Jeśli jednak skóra zostanie czymś posmarowana, łoju będzie mniej, a skład nie będzie już tak idealny. Dodatkowo skóra będzie musiała poradzić sobie z całą masą dziwnych, obcych substancji, z których może niektóre chwilowo robią jej dobrze, ale cała reszta ma nadawać zapach, konsystencję, trwałość i diabli wiedzą co jeszcze. Na własne życzenie rezygnujemy z naszego doskonałego, spersonalizowanego kremu, żeby zastąpić go marnym substytutem.

I w drugą stronę - jeśli skóra jest regularnie odtłuszczana silnymi detergentami, gruczoły łojowe będą wariować z nadprodukcją. Łoju będzie więcej i więcej, wszystko będzie się świecić i zatykać. Tak samo jak z włosami - im częściej odtłuszczasz, tym bardziej się przetłuszczają.

Oczywiście są sytuacje skrajne, -20 stopni i wiatr, nagłe zmiany temperatur - wtedy można dać skórze jakąś ochronę, choćby wspomniany olej kokosowy, oliwę z oliwek czy nawet swojskie masło. Ochronę - czyli smarować przed wyjściem, a nie kiedy już jest wysuszona i podrażniona. Jest też stres, brak snu, zmęczenie, słodkie i tłuste żarcie, które fatalnie wpływają na skórę, ale smarowanie wcale nie jest receptą na te problemy.

Zaufaj swojej skórze :-)