sobota, 26 maja 2012

Weekend w Rząśniku

Prawie tydzień temu spędziliśmy kilka dni w Rząśniku, a właściwie Orzechowicach pod Rząśnikiem, w domu mojego brata, którego - wraz z inwentarzem w postaci dwóch psów i kota - pilnowaliśmy pod nieobecność gospodarzy. Dom położony jest w Górach Kaczawskich, wśród kwitnących łąk i gęstych lasów, nad stawem...


...w cieniu wygasłego, a może tylko uśpionego wulkanu - Ostrzycy.


Co tam robiliśmy - no cóż, głównie leniuchowaliśmy. Dla botanika-łąkarza możliwość poleżenia sobie na łące, której nie trzeba inwentaryzować, szukać gatunków wskaźnikowych, mierzyć, wyznaczać powierzchni, robić zdjęć fitosocjologicznych itp. jest po prostu nie do przecenienia. Nawet jeśli po botaniku łazi dziecko i sprawdza, co będzie, jak wsadzi się botanikowi trawkę w oko. 




Na obiad jedliśmy m.in. sos do makaronu zrobiony z pewnej rośliny - bardzo tu pospoliej, na Ziemi Lubuskiej właściwie nie występującej - czosnku niedźwiedziego. Uznaliśmy, że skubnięcie kilku listków "na własne potrzeby", bez niszczenia całych roślin, wobec hektarów, jakie to porasta w tutejszych lasach, nie naruszy specjalnie idei ochrony częściowej. Sos wyszedł niezły, ale jeszcze lepsze były świeże liście położone na ogniskowych grzankach z serem. 


A co atrakcyjnego jest w górach dla półtorarocznego dziecka? Raczej nie zapierające dech widoki ani zdobywanie szczytów. Dla naszego dziecka główne atrakcje były dwie.

Pierwsza - to wszechobecne kamienie. Najlepiej w połączeniu z wodą, ale bez wody też są niezłe. Tłuczeń na drodze, gruzy przed domem wuja, kamienie na górskiej ścieżce... wszystko ciekawe.




I druga największa atrakcja. Krowy! :-)



Więcej o Rząśniku-Orzechowicach, o tym co się tam dzieje, co było, co jest i co będzie: http://neustechow.blogspot.com/

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza