piątek, 5 lipca 2013

Lebioda, łoboda i żółtlica, czyli mini-atlas cz.3

Lebiodę, czyli komosę białą (Chenopodium album), pokazywałam w zeszłym roku - ale młodą, wiosenną, w sam raz do sałatek na surowo. Teraz jest lipiec i podrośnięta komosa za bardzo do surówek się już nie nadaje, chyba że najmłodsze listeczki. Ale za to jest doskonała duszona w postaci szpinaku lub dodatku do innych duszonych warzyw. Jak teraz wygląda?



Starsze liście zawierają sporo saponin, więc zbieram tylko czubki roślin (mniej więcej takie jak trzymam na zdjęciu). A gdzie rośnie? A przy kompoście...

...a poza tym we wszelkich żyznych, nasłonecznionych miejscach, gdzie odsłonięta jest gleba (w gęstej darni nie wykiełkuje). Czyli również jako chwast w ogrodzie.

Łoboda ogrodowa (Atriplex hortensis) też gościła już tu kilka razy, ale pokażę ją jeszcze raz - jest pyszna. Na surowo i duszona.


Łoboda, podobnie jak koperek, wysiewa się u mnie w ogrodzie sama i rośnie sobie tu i tam, skubana po trochu. Ale można ją pewnie też posiać równo w rządkach. Podobno odstrasza krety i właśnie taką pełni funkcję w większości tutejszych ogrodów - mało kto traktuje ją jako jadalne warzywo.


I trzecia roślina, której dotąd na zdjęciu nie prezentowałam, a warto się z nią zapoznać, bo jest trudna do pomylenia i rośnie powszechnie w każdym ogrodzie - to żółtlica drobnokwiatowa (Galinsoga parviflora) oraz żółtlica owłosiona (Galinsoga ciliata). Kilka słów o żółtlicy było tu. Gdzie rośnie? Nawet w najbardziej zadbanym ogrodzie. Surowa jest dość niesmaczna, ale duszona - świetna. Najsmaczniejsza młoda, przed kwitnieniem, ale kwitnąca też jest ok. Polecam - można wypielić ogródek i przy okazji zdobyć coś na obiad :-)




Smacznego dzikiego!

czwartek, 4 lipca 2013

Kwoka wciąż siedzi...

- A ja nie miałam co na obiad sobie zrobić - mówi babcia - więc poszłam do kurnika, zobaczyłam że kurka siedzi, wzięłam sobie dwa jajeczka, ugotowałam... 

Robię się blada. Zgroza. Panika. Niemożliwe... Babcia ma już prawie 90 lat i codzienne luki w pamięci uzupełnia żywą wyobraźnią. Może wymyśliła? Obiad właśnie jej przyniosłam... Nigdy nie wchodzi do kurnika, zwykle zamykamy, nie wie nawet gdzie szukać tych jajek... ale gdyby weszła, w pierwszym boksie siedzi na jajach kwoka. Rzut oka na kurnik - rzeczywiście kołek jakoś inaczej stoi, zasuwka zasunięta, a była odsunięta rano... 

Lecę do babci do domu. Może nie zdążyła ugotować? Gdyby rozbiła, zauważyłaby przecież... Na maszynce nic, w garnkach nic. Sprawdzam lodówkę - są dwa jajka. Zabieram. Prześwietlam latarką, z rolki po papierze toaletowym konstruując prowizoryczny ooskop. Uff! Jasne, niezalężone, świeże. Niedawno dawałam jej jajka, widocznie nie zjadła jeszcze wszystkich, a spod kurki może wzięła, ale 30 lat temu, kiedy jeszcze sama kurki hodowała...

Na wszelki  wypadek biegnę do kwoki. Podnoszę, liczę jajka, po czym z powrotem sadzam biedaczkę na gnieździe. Są wszystkie! Wszystkie trzynaście.

Bo ja kilka dni temu nabyłam nową umiejętność - prześwietlanie jaj. Jeśli jajo prześwietlić silnym strumieniem światła (są takie specjalne ooskopy do kupienia, u nas wystarczyła latarka i karton z otworkiem), widać mniej więcej co ma w środku. Jeśli jasne, żółte - jest niezalężone albo po prostu świeże. Jeśli w środku rozwija się zarodek, jajo jest czerwone, widać wyraźny cień zarodka, a w lepszym ooskopie również siatkę tętnic. Są również obrazy dla jajek obumarłych, wszystko to można znaleźć w książkach i internecie. Nasza kwoka siedziała na 16 jajkach, z których - jak się okazało - tylko dwa były niezalężone. Brawo kogut! :-) Jedno wyraźnie obumarłe, trzy jakieś dziwne i niepewne - zostały pod kwoką na wszelki wypadek, a dziesięć - z wyraźnym rozwijającym się zarodkiem. 

Wygląda na to, że będziemy mieć "naturalne" kurczęta. Za tydzień zaczną już się wykluwać...

niedziela, 30 czerwca 2013

Półdziki "szpinak" z serem śmierdzielem

Wychodzę z domu, idę do ogrodu, do sadu - i zrywam. Trochę tego, co na grządkach całkiem legalnie rośnie - botwinka, czyli buraczane liście, koperek, oregano, coraz popularniejszy jarmuż, czerwonolistna łoboda ogrodowa. No i chwasty. Ogólnie rośliny związane z człowiekiem (ale nie uprawne) dzieli się na segetalne - te, które pojawiają się wbrew woli w uprawach, typowe chwasty, oraz ruderalne - wyrastające mimo woli człowieka przy płotach, budynkach, śmietnikach itp. Z tych, które rosną wbrew woli, nazbierałam dziś spory pęczek żółtlicy drobnokwiatowej. To wredny chwast - jest jej pełno w każdym ogrodzie, zresztą nic dziwnego - jedna roślina produkuje nawet 300 tys. drobniutkich nasion. Żółtlica została przywleczona do nas z Ameryki Południowej, gdzie jest wykorzystywana jako warzywo... a u nas nikt jej nie je, tylko wyrywa. I na koniec spod płotu, z okolic kompostu, spod szopy sporo komosy białej, czyli lebiody - dorodna już, wysoka, zbieram tylko same czubki.

Wszystko to w domu dokładnie płuczę, grubo siekam i duszę w minimalnej ilości wody. Zielska musi być dużo, bo tak samo jak zwykły szpinak szybko traci objętość i z całego garnka wychodzi niewielka zielona kupka przy dnie. Dodaję sól, pieprz, dwa wyciśnięte ząbki czosnku i na koniec ok. 100 g mocno dojrzałego sera pleśniaka. Może być ser typu lazur z niebieską pleśnią, może być coś typu camembert czy brie, byle mocno dojrzały, rozłażący się, mocno śmierdzący - najlepiej przeterminowany ;-) No, chyba że ktoś nie lubi takich doznań.

Najlepsze z makaronem pełnoziarnistym albo młodymi ziemniakami.


Smacznego dzikiego!

sobota, 29 czerwca 2013

Dlaczego płacze?

1. bo mokro
2. bo pieluszka szorstka
3. bo się odparzyło
4. bo metka uwiera
5. bo guzik uwiera
6. bo szewek uwiera
7. bo swędzi
8. bo chce odbić
9. bo ulało
10. bo chce puścić bąka
11. bo nie może puścić bąka
12. bo właśnie puściło bąka, ratunku, coś mi strzeliło koło pupy!
13. bo gazy po brzuszku wędrują
14. bo chce zrobić kupę
15. bo zrobiło kupę
16. bo za dużo wrażeń
17. bo za mało wrażeń, nudno, nic się nie dzieje
18. bo za głośno
19. bo za cicho
20. bo nie zna tego głosu
21. bo usłyszało mamę
22. bo chce się przytulić
23. bo chce possać cyca
24. nie, nie tego cyca, tego drugiego
25. tego też nie!
26. bo chce słuchać bicia serca mamy
27. bo się obudziło i cyca nie było
28. bo niewygodnie
29. bo się obudziło i było samo, ratunku, zaraz zje mnie tygrys!
30. bo za mocny zapach
31. bo za jasno
32. bo za ciemno
33. bo zimno
34. bo gorąco
35. bo trzeba oddychać
36. bo się przestraszyło własnych rączek
37. bo jest zmęczone
38. bo chce spać
39. bo nie chce spać
40. bo ogólnie niewygodnie i źle
41. bo się za dużo najadło
42. bo coś boli
43. bo jest nieruchome
44. bo chce zmienić pozycję
45. bo chce ssać częściej
46. bo mleko ma inny smak
47. bo z butelki szło łatwiej
48. bo wolałoby być w macicy
49. bo samo nie wie właściwie
50. bo...


..i naprawdę nie dlatego, świeżo upieczona matko, że masz za chude mleko ;-)

PS. Wiem, że są dzieci, które płaczą z głodu i mamy, które mają problem z laktacją, czasem niemożliwy do rozwiązania. To się zdarza. Czasem trzeba podać sztuczne mleko i już. Ale są dzieci, które po prostu dużo płaczą, nawet po najedzeniu się - mogą mieć tyle powodów! A nieustanne głosy typu "daj mu butelkę, płacze, bo jest głodny" naprawdę nie pomagają. Tatusiu młody, świeżo upieczona babciu, nie lećcie z awaryjną butelką na każde piśnięcie dziecka, "bo mama sobie nie radzi". Lepiej zróbcie karmiącej mamie dobry obiad, przynieście coś do picia i dobrą książkę do czytania. Niech sobie leżą, przytulają się i karmią. Mleko prawie na pewno popłynie. 

piątek, 28 czerwca 2013

Kwoka siedzi

We wszystkich książeczkach mojego dziecka na temat wsi powtarza się ten sam sielski obrazek. Oto kurka chodzi sobie po podwórku, a za nią maleńkie, żółte kurczaczki. Kwoka siedzi na jajach, kwoka wodzi młode, kurczaczki dziobią sobie ziarno, w tym wszystkim jeszcze piejący kogut. O, coś takiego:


Żyję na lubuskiej wsi od ponad 30 lat i przyznam się, że nigdy takiego obrazka na żywo nie widziałam.

Sąsiad hodował kury. Pamiętam z dzieciństwa obraz maleńkich kurczaczków. Było ich mnóstwo, śliczne, żółte, piszczące. Siedziały w jakimś kojcu, a my z dzieciakami od sąsiadów sypaliśmy im śrutę. Tyle że te kurczaczki nie znały swojej mamy, żadna kwoka nie prowadziła ich po podwórku. Sąsiad kupił je i przywiózł w kartonie, wykluły się z jajek w inkubatorze na fermie, w wylęgarni. Już wtedy większość kur pochodziła właśnie z takiego wylęgu i tak jest do dziś. Tak jest łatwiej, wszystko jest pod kontrolą, można jednocześnie uzyskać dużą liczbę piskląt. Jednodniowe kurczaczki są bardzo tanie, kosztują nie więcej niż kilka złotych, czasem nawet złotówkę. Dlatego też większość kur nie ma już w ogóle tzw. instyktu kwoczenia. Zielononóżki jeszcze ten instynkt zachowały, ale też nie wszystkie.

A u nas kwoka siedzi. W zeszłym roku też siedziała, ale nie mieliśmy koguta, więc i tak nic by z tego nie wyszło - zabieraliśmy jej jajka. A w tym roku z lekką tremą postanowiliśmy spróbować. Nie mamy zupełnie wiedzy, która pewnie jakieś 100 lat temu na wsiach była naturalna, a potem stopniowo zanikała (choć pewnie na wschodzie wciąż jest powszechna). Zrobiliśmy jej gniazdo, ale chyba za wysokie, trzeba będzie obniżyć. Siedzi - i co dalej? Czytamy, szukamy, wertujemy książki, poradniki, google. Czy ona w ogóle je i pije? Może trzeba ją zdejmować z gniazda? Dziś przyłapałam ją, że jednak schodzi, załatwia się, dziobie ziarno, pije wodę. Czy prześwietlać jaja, sprawdzać czy zalężone, czy pozwolić kwoce przeprowadzić samodzielnie selekcję? Różnie radzą... 

Wszyscy mnie pytają, co zrobię z kogutkami. Bo kurki można przecież kupić seksowane, same samiczki, a z jajek wykluwają się i takie, i takie. Samczyki są zwykle zabijane od razu albo żyją kilka miesięcy, aż ktoś je zje - mięso zielononóżek jest coraz popularniejsze. A ja z kogutkami nic nie zamierzam robić. Niech sobie będą. Że jedzą ziarno za darmo - a niech sobie jedzą. Psy też jedzą za darmo, prawda? A jednak nie do końca.

Póki co - kwoka siedzi, a pod nią grzeje się kilkanaście jaj.  Czy coś się w ogóle z tych jaj wykluje? Czy ta kwoka wie, co robi? Na pewno wie lepiej od nas...


poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dzika kuchnia

Raz na jakiś czas zamieszczam tu przepisy na dania z "zielska", czyli z dzikich roślin, czasem tępionych jako chwasty, czasem tolerowanych w pobliżu osad ludzkich, czasem zupełnie nieznanych. Pisałam wiele razy o podagryczniku, komosie, stokrotkach, mniszku, pokrzywie i innych... I oto właśnie wyszła książka w całości poświęcona dzikim roślinom jadalnym. Kupiłam, przeglądam i bardzo mi się podoba - no to zrobię darmową reklamę :-)

Łukasz Łuczaj, Dzika kuchnia, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2013
Duża, w twardej oprawie, kolorowa, z mnóstwem zdjęć i rysunków.

Polecam wszystkim. Nawet botanicy, specjaliści, osoby zainteresowane od dawna tematem jadalnych dzikich roślin, bioróżnorodności w kuchni, etnobotaniką itp. znajdą tu mnóstwo ciekawych, mało znanych faktów. Część z nich pojawiła się już w poprzedniej książce Łuczaja, ale jest też sporo nowych - w tym "smakowite" cytaty z dawnej literatury kulinarnej, informacje o zastosowaniu roślin w różnych częściach świata... Ale to nie tylko książka dla zaawansowanych - to świetny przewodnik dla każdego, kto dopiero zaczyna przygodę z dziką kuchnią, nawet dla mieszczucha zastanawiającego się, czy to parzące, wysokie zielsko pod płotem to na pewno pokrzywa. Przy każdej roślinie zamieszczono czytelne rysunki, zdjęcia, podpowiedzi, z czym można dane zielsko pomylić i jak pomyłki uniknąć, co, kiedy i w jaki sposób zbierać, zastosowanie w kuchni, w ziołolecznictwie i nie tylko. No i najważniejsze - przepisy! Przy każdym gatunku czy rodzaju pojawia się kilka konkretnych przykładów zastosowania. Wegetarian ostrzegam, że nie jest to książka wegetariańska, chociaż jest głównie o roślinach (w przeciwieństwie do wydanego parę lat temu Poradnika robakożercy, którego nie czytałam i jakoś nie mogę się przełamać). W przepisach pojawia się mięso, wywar z kości, a nawet ślimaki, jednak nie są to główne składniki nie do zastąpienia. Osobiście rzadko gotuję ściśle według przepisów, ale czytać albo oglądać zdjęcia potraw bardzo lubię - inspirują do własnych eksperymentów :-)

Co jeszcze? We wstępie pojawiają się ogólne informacje o "dzikim" odżywiani, skład roślin, sposoby przyrządzania, kalendarz zbioru najważniejszych gatunków... Zasadniczy tekst poprzeplatany jest krótkimi felietonami autora, rozważaniami o dzikości, cywilizacji, człowieku... Jeszcze nie przeczytałam wszystkich, dają do myślenia, choć nie trzeba się ze wszystkim zgadzać. Dużo w tej książce autora, nie chowa się w cieniu tekstu, pojawia się na fotografiach, wiele informacji to jego osobiste doświadczenia.

Warto jeść dzikie zielsko, wzbogacać swój talerz o kolejne gatunki, nie ograniczając się do tych kilku czy kilkunastu obecnych na sklepowych półkach. Warto spojrzeć na przyrodę jak na pożywienie i dzięki temu być bliżej. Już nie tylko oglądać ją, słuchać i wąchać, ale też smakować, gryźć, zjadać - odkryć wokół siebie tę dzikość, nawet jeśli to tylko dzika kępka pokrzyw na skraju wypielęgnowanego ogródka. "Dzika kuchnia" to chyba dobry, jedyny w swoim rodzaju przewodnik.

Smacznego :-)

sobota, 22 czerwca 2013

To już rok :-)

Właśnie minął rok, odkąd jest z nami koza Beata :-)

To wciąż jedyna koza we wsi.

Przyjechała do nas z Owczar. Tu z dwójką swoich dzieci, które miały już po 3 miesiące, napiły się dość mleka i musiały pożegnać się z mamą.


Pasła się latem w naszym zielonym sadzie...


...chrupała jesienne jabłka...


...zimą w najgorsze mrozy wywalała zamknięte drzwi rogami, łamiąc kolejne zasuwki czy haczyki, i jak gdyby nigdy nic czekała na kawałek suchego chleba...


...i po długich śniegach doczekała się znowu zielonej wiosny.


Jak można żyć bez kozy? ;-)