Tekst o mnie na "Ulicy Ekologicznej":
http://ulicaekologiczna.pl/zdrowy-styl-zycia/ekoaktywistki-cz-iii-kura-z-doktoratem/
sobota, 27 października 2012
sobota, 13 października 2012
Co jeszcze z dyni?
Dynie nam w tym roku obrodziły. Ledwo kończymy tę największą, właśnie zwinęliśmy do szopy przed przymrozkami dwie kolejne spore (choć już nie tak wielkie), no i jeszcze sporo drobiazgu z tajemniczej mączystej odmiany. No więc cieszymy się nimi na tysiąc sposobów, przy okazji wysycając przed zimą organizm witaminą A, B1, B2, PP, C, żelazem, fosforem, wapniem, magnezem i tak dalej. Podobno dynia to także afrodyzjak. Hmmm...
Robi się je tak jak ziemniaczane. Dynię trzeba utrzeć na tarce o grubych lub średnich oczkach. Posolić, poczekać kilka minut, aż przywiędnie, dodać kilka łyżek mąki pszennej (może być razowa) oraz ziemniaczanej. Można dodać też jajko. Smażyć, a ponoć można też beztłuszczowo piec (nie próbowałam).
Do plackowego ciasta można dodać cebuli, czosnku, różnych ziół (dynia lubi rozmaryn czy zioła prowansalskie), można też nie dodawać nic, a zrobić jakiś zdecydowany sos, np. czosnkowy albo curry, można wreszcie zjeść jak placki ziemniaczane - z cukrem, choć dla niektórych to herezja.
Dynię - najlepiej jakąś słodkawą odmianę - pokroiłam w dość cienkie (kilka mm) paski. Suszyłam w uchylonym piekarniku nastawionym na 50-75 stopni z termoobiegiem. Smakują jak... suszona dynia ;-) pierwsze wrażenie może być takie sobie, ale potem niesamowicie wciągają. Jest takie jedno dziecko, które uwielbia :-)
Nie ma z nim wiele roboty. Dynię pokroić w kostkę, wrzucić do wolnowara po brzegi, zostawić na noc na LOW. Rano dodać co się chce, jest wiele opcji: jabłka, gruszki, imbir, zmiksowaną pomarańczę ze skórką albo bez, albo nic, tylko cukier w ilości według uznania. I jeszcze przez cały dzień niech się robi z uchyloną pokrywką (warto go zamieszać od czasu do czasu), wieczorem albo następnego dnia rano przełożyć do słoików, zapasteryzować (warto zrobić to porządnie, dynia lubi wybuchać) i zapasy na zimę gotowe.
Placki dyniowe
Robi się je tak jak ziemniaczane. Dynię trzeba utrzeć na tarce o grubych lub średnich oczkach. Posolić, poczekać kilka minut, aż przywiędnie, dodać kilka łyżek mąki pszennej (może być razowa) oraz ziemniaczanej. Można dodać też jajko. Smażyć, a ponoć można też beztłuszczowo piec (nie próbowałam).
Do plackowego ciasta można dodać cebuli, czosnku, różnych ziół (dynia lubi rozmaryn czy zioła prowansalskie), można też nie dodawać nic, a zrobić jakiś zdecydowany sos, np. czosnkowy albo curry, można wreszcie zjeść jak placki ziemniaczane - z cukrem, choć dla niektórych to herezja.
Dynia suszona
Dynię - najlepiej jakąś słodkawą odmianę - pokroiłam w dość cienkie (kilka mm) paski. Suszyłam w uchylonym piekarniku nastawionym na 50-75 stopni z termoobiegiem. Smakują jak... suszona dynia ;-) pierwsze wrażenie może być takie sobie, ale potem niesamowicie wciągają. Jest takie jedno dziecko, które uwielbia :-)
Dżem dyniowy z wolnowara
Nie ma z nim wiele roboty. Dynię pokroić w kostkę, wrzucić do wolnowara po brzegi, zostawić na noc na LOW. Rano dodać co się chce, jest wiele opcji: jabłka, gruszki, imbir, zmiksowaną pomarańczę ze skórką albo bez, albo nic, tylko cukier w ilości według uznania. I jeszcze przez cały dzień niech się robi z uchyloną pokrywką (warto go zamieszać od czasu do czasu), wieczorem albo następnego dnia rano przełożyć do słoików, zapasteryzować (warto zrobić to porządnie, dynia lubi wybuchać) i zapasy na zimę gotowe.
sobota, 6 października 2012
Piramida jesienna
Wiosną - jedz liście.
Latem - jedz owoce.
Jesienią - jedz korzenie.
Zimą - jedz nasiona.
Czas na (spóźnioną nieco) jesienną piramidę pokarmową.
Latem - jedz owoce.
Jesienią - jedz korzenie.
Zimą - jedz nasiona.
Czas na (spóźnioną nieco) jesienną piramidę pokarmową.
Bo oto minęła zielona wiosna z szaleństwem świeżych liści, kiedy wszystko rozwija się i wzrasta. Minęło lato pełne soczystych owoców, kiedy w przyrodzie wszystko dojrzewa. I czas na jesień - czas gromadzenia zapasów.
Jesień to czas korzeni. Nadchodzą chłody, niekorzystna pora roku, którą trzeba jakoś przetrwać. Liście i kwiaty zamierają, owoce opadają, gniją. Nie poradziłyby sobie z mrozami, śniegiem, zawieruchą, nie warto ich utrzymywać. Wszystko, co cenne, gromadzi się teraz w korzeniach. Niektóre korzenie, szczególnie u roślin dwuletnich, pełnią rolę zimowej spiżarni. Kiedy wiosną ustąpią najsilniejsze mrozy, kiedy ziemia rozmarznie nieco, będzie można uruchomić nagromadzone w poprzednim roku zapasy, wyprzedzić konkurencję w pędzie do rozkwitu i wydawania nasion, w wyścigu o światło i przestrzeń. Nie trzeba startować od zera.
Człowiek dawno zauważył jesienne roślinne spiżarnie i nauczył się z nich korzystać. Właśnie teraz jest ich najwięcej i najlepiej smakują. Pieczone ziemniaki z ogniska, marchew i pietruszka w warzywnej sałatce, seler jako konieczny składnik aromatycznej zupy, buraki w rozgrzewającym barszczu... To najpopularniejsze, a przecież do łask wraca zapomniana brukiew, ostra czarna rzodkiew czy pasternak, często ponoć sprzedawany jako pietruszka.
Wciąż w sadzie pełno owoców. Jesień zasypuje nas jabłkami i gruszkami różnych odmian, w różnych kształtach, kolorach i smakach. Niektóre z nich dojrzewają do zbioru w połowie października, a potem powinny jeszcze trochę poleżeć w piwnicy, żeby osiągnąć "dojrzałość spożywczą". Można je suszyć i przerabiać na różne sposoby. Do przymrozków w ogrodzie wiszą jeszcze ostatnie pomidory, dojrzewają ostatnie cukinie czy patisony. Ale jesień to przede wszystkim pora na dynie!
Po chwili wahania do owoców wpisałam też leśne grzyby, chociaż oczywiście to nie owoce, a... owocniki. Borowiki, podgrzybki, siniaki, maślaki, kurki, zielonki, gołąbki, rydze... i tak dalej. Kiedyś sądzono, że poza smakiem i aromatem nie mają żadnej wartości odżywczej, dziś wiadomo, że wiele zależy od gatunku, wieku czy sposobu przyrządzenia - na pewno nie brakuje w nich witamin (jakich? zależy od gatunku) oraz mikroelementów, w tym żelaza.
Idą chłody i potrzebujemy dużo więcej kalorii niż latem, kiedy w upalne dni można było najeść się niemal wyłącznie owocami. Jest już po żniwach, czas uruchomić zapasy nasion - przede wszystkim zbóż i strączkowych, które oprócz dających energię węglowodanów zawierają też całkiem sporo białka. Wybór jest ogromny (nawet jeśli uwzględnimy tylko gatunki związane od tysięcy lat z naszą częścią świata), a możliwości przygotowywania i zestawiania ze sobą niemal nieograniczone.
Jesień to czas, kiedy liście raczej opadają i więdną. Są jednak wyjątki. Zimozielony jarmuż czy brukselka, ostatnie liście szpinaku czy główki kapusty będą z nami do pierwszych silnych mrozów.
piątek, 5 października 2012
Październikowa zupa dyniowa
- Ale co właściwie można robić z dyni? - słyszę często, kiedy chwalę się ogrodniczymi osiągnięciami i w ogóle wyrażam zachwyt nad tym wspaniałym jesiennym warzywem. Wiele osób, jeśli w ogóle ma w tym temacie jakiekolwiek kulinarne skojarzenia, to jest to mleczna przecierana zupa na słodko. Hmm, może i to dobre, chociaż brzmi dość zniechęcająco. Tymczasem z dyni można zrobić... wszystko. Od zup - słodkich albo ostrych, orientalnych - korzennych albo klasycznych, przez dynię duszoną, w postaci leczo, dań jednogarnkowych, dynię pieczoną i zapiekaną, smażoną, gotowaną na parze, z różnymi sosami, dodatkami albo jako dodatek, aż po ciasta, dżemy i konfitury. Dynia to warzywo naprawdę niesamowite. Jeśli uwzględnimy różnorodność odmian, moglibyśmy codziennie robić ją na obiad i nigdy się nie znudzić. Zwłaszcza jesienią. Właśnie teraz trwa dyniowy sezon.
Na początek w takim razie coś łatwego. Zupa na pierwsze dni października.
SKŁADNIKI:
Na zdjęciu nie uwzględniono oliwy z oliwek, przypraw - soli, pieprzu, papryki czerwonej i imbiru, oraz oczywiście wody. Sypkie pomarańczowe to soczewica czerwona w połówkach, sypkie szare to quinoa, czyli komosa ryżowa, ale zamiast niej można wrzucić też garść kaszy jaglanej czy ryżu.
Przy krojeniu i obieraniu dyni zalecana jest daleko posunięta ostrożność. Pół biedy, jeśli skórka jest miękka - niestety niedawno trafiłam na twardą i o mało nie obcięłam sobie kciuka. W ogóle jest to warzywo duże, okrągłe i przez to nieporęczne - stąd zwiększona wypadkowość, zwłaszcza wśród typów niezdarnych, takich jak ja.
Wszystko kroimy w kostkę wg upodobań, na dnie garnka rozgrzewamy oliwę, wrzucamy, dusimy parę minut i dolewamy wody. Przyprawiamy, gotujemy długo na maleńkim ogniu, aż wszystkie składniki będą miękkie.
Na początek w takim razie coś łatwego. Zupa na pierwsze dni października.
SKŁADNIKI:
Na zdjęciu nie uwzględniono oliwy z oliwek, przypraw - soli, pieprzu, papryki czerwonej i imbiru, oraz oczywiście wody. Sypkie pomarańczowe to soczewica czerwona w połówkach, sypkie szare to quinoa, czyli komosa ryżowa, ale zamiast niej można wrzucić też garść kaszy jaglanej czy ryżu.
Przy krojeniu i obieraniu dyni zalecana jest daleko posunięta ostrożność. Pół biedy, jeśli skórka jest miękka - niestety niedawno trafiłam na twardą i o mało nie obcięłam sobie kciuka. W ogóle jest to warzywo duże, okrągłe i przez to nieporęczne - stąd zwiększona wypadkowość, zwłaszcza wśród typów niezdarnych, takich jak ja.
Wszystko kroimy w kostkę wg upodobań, na dnie garnka rozgrzewamy oliwę, wrzucamy, dusimy parę minut i dolewamy wody. Przyprawiamy, gotujemy długo na maleńkim ogniu, aż wszystkie składniki będą miękkie.
SMACZNEGO :-)
wtorek, 2 października 2012
Na grzyby!
Grzybów było w bród. Jak na marną porolną sośninkę, eksploatowaną przez pół wsi, jak na godzinny wypad z dzieckiem na spacer - nazbieraliśmy całkiem sporo. Pełen koszyczek, pięć gatunków - jeden borowik, czyli prawdziwek, sowy, czyli kanie, czyli czubajki, jeden siniak, czyli piaskowiec, czyli modrzak, surojadki, czyli gołąbki oraz cała zgraja podgrzybków, czyli czarnych łebków. Te ostatnie głównie drobne - czyli chyba zaczyna się wysyp.
Wchodzimy w las...
Eee tam, grzyby. Kamienie są lepsze.
Wchodzimy w las...
A tymczasem mama obskoczyła las dookoła i wróciła z pełnym koszykiem...
Dziecko padło wymęczone i śpi, zbiór czeka na stole na przebranie, posegregowanie i obróbkę :-)
sobota, 29 września 2012
Zdejmij nogę z gazu, do cholery!
Na
wielu imprezach – rodzinnych, wśród znajomych, na konferencjach,
spotkaniach, przy ognisku, przy stole – pojawia się w końcu taki
temat. Czasem tylko kilka zdań, jak kto się spieszył, jak szybko
musiał jechać. Czasem temat rozwija się, zamienia się w coś w
rodzaju licytacji. Ja jeżdżę zwykle tyle, a ja tyle. Moje autko
wyciągnie tyle, a moje tyle. Wiadomo, na terenie zabudowanym trzeba
zwolnić, ale 50 to przesada. Słucham, słucham... i czuję się
dziwnie. Włos mi się jeży na głowie. Komentuję, oponuję, aż w
końcu się zamykam, osamotniona w swoich nietypowych poglądach.
Bo
przekraczają wszyscy. Kobiety, mężczyźni, młodzi, starsi,
doświadczeni, niedoświadczeni, wykształceni, niewykształceni.
Przekracza większość. Nie tylko trochę. Jadą 80-90 na terenie
zabudowanym, 130-140 albo więcej poza. Płacą mandaty, dostają
punkty. I zapieprzają dalej.
Nie
jestem święta. Nie zawsze jadę idealnie tyle co na znaku. Zdarza
się, że jest 40, a ja pojadę nawet 50. Zdarza się, że na terenie
zabudowanym, kiedy domy są oddalone od drogi, jadę prawie 60.
Często, jeśli zabudowania już się skończyły, dodaję gazu
jeszcze przed tablicą. Na prostej drodze poza terenem zabudowanym
jadę czasem 100-110 km/h. Ale, do cholery, nie więcej.
Lubię
szybko jeździć. Na autostradzie z przyjemnością grzeję 130-140.
Więcej raczej nie, czasem przez kilka sekund przy wyprzedzaniu.
Zawsze wydawało mi się, że ci, którzy pędzą 180-200, to świry
i samobójcy. Nic bardziej błędnego. Przyznaje się do tego sporo
moich znajomych. Bo się spieszą, bo nie wyobrażają sobie tak się
wlec. Niektórzy robią to nawet na normalnych drogach. Tak, tych
polskich drogach w fatalnym stanie technicznym, z dziurami, koleinami
i wygryzionym poboczem. Bo ograniczenia prędkości są dla
niedoświadczonych kierowców. Takich, co dopiero się uczą, co nie
mają – słowo wytrych – wyczucia. Bo dobry kierowca wyczuje,
kiedy można pędzić, a kiedy trzeba zwolnić. Wyczuje też pewnie
siódmym zmysłem, kiedy z bramy wyjedzie dziecko na rowerku albo
wybiegnie pies, wyczuje w szarym świetle zmierzchu rowerzystę albo
szykującą się do wbiegnięcia na jezdnię sarnę. Nie, przecież
im się to nie zdarzy. A jednak zdarza się 40 tysięcy razy każdego
roku. A właściwie dużo więcej, bo przecież rozjechanych psów,
kotów czy lisów nikt nie liczy. To tylko wypadki, do których wezwano policję. Te najpoważniejsze.
Ograniczenia
prędkości na terenie zabudowanym nie są wzięte z sufitu. Przy 40
km/h szanse pieszego na przeżycie zderzenia wynoszą 80%. Przy 60
km/h to już zaledwie 15-20% szans na przeżycie. Przy 90 km/h szanse
są praktycznie zerowe. Nie trzeba chyba dodawać, że prędkość
zwiększa też znacznie samo prawdopodobieństwo zajścia wypadku –
znacznie wydłuża drogę hamowania. Z kolei ograniczenia na
zakrętach wynikają z tego, że zakręty często są profilowane
właśnie pod określoną prędkość. Ale przecież wszyscy to
wiedzą. A jednak dodają gazu.
Jednym
z krajów, w którym statystyki wypadków, a zwłaszcza śmiertelności
uczestników wypadków należą do najniższych w Europie, jest
Norwegia. Coś, co u nas jest normą, zachowaniem, za którą grozi
mandat wymagający zaledwie wyłuskania paru drobnych z portfela, tam
jest surowo karane. Polecam dokładne zapoznanie się z norweskim
systemem kar za przekraczanie prędkości (podano sumy w złotówkach
uwzględniające różnice zarobków). Warto zwrócić uwagę, że za
przekroczenie prędkości o 25 km/h na obszarze, gdzie ograniczenie
było do 60 km/h lub niższe (czyli na terenie zabudowanym), na kilka
miesięcy traci się prawo jazdy. Jeśli przy 40 km/h pojedziemy w
Norwegii 80 km/h, trafimy na 3 tygodnie za kratki. Trudne do
wyobrażenia, prawda? Przecież tak jeżdżą wszyscy. Na szczęście
nie wszyscy.
A u
nas? „Zamiast zwiększać prędkość naszego podróżowania
budując drogi, władza utrudnia życie i stawia kolejne setki
fotoradarów. W tej sytuacji trzeba sobie jakoś radzić. Mam
prawników w rodzinie - dostałem od nich wzorek pisma, który przy
najbliższej okazji zastosuję z wielką przyjemnością” -
napisał na swoim profilu pewien znany podróżnik, zapewne autorytet
dla wielu osób. Przekaz jest prosty. Prędkość trzeba zwiększać,
wszelkie ograniczenia to przeszkoda i narzędzie kontroli państwa,
więc trzeba to państwo jakoś oszukać. Stoi znak – zlekceważ
go. Złapał cię fotoradar – nie przyjmuj z pokorą zasłużonego
mandatu, wykręć się. I zapieprzaj dalej, przekonany/a o swoim wyczuciu i doświadczeniu. Możliwe, że kiedyś się
zdziwisz. Ale wtedy nie będzie czasu na myślenie. Nawet ułamka
sekundy.
Ulotka o skutkach nadmiernej prędkości
– statystyki, wykresy:
Norweskie kary za nadmierną prędkość:
czwartek, 27 września 2012
Jesienna zielenina
Zieleń. Świeża, jasna, prawie wiosenna. Co to?
Kiedy w ogrodzie przychodzi czas zbiorów, dobrze jest na grządkach wysiać tzw. poplon. Zabezpiecza ziemię przed erozją i ekspansją chwastów, przez zimę rozkłada się, a na wiosnę można już przekopać wzbogaconą w próchnicę glebę (bywa też, że poplon przekopuje się wraz z ziemią już jesienią). Poplon to też dobra jesienno-zimowa zielonka dla kur. Jako poplon można stosować różne rośliny - u nas to najczęściej łubin, zboża na oziminę albo... właśnie ona. Gorczyca biała.
Gorczyca należy do kapustowatych. Jest znana jako przyprawa - to właśnie nasiona gorczycy dodaje się do konserwowych ogórków, to właśnie z niej robi się musztardę (głównie z gorczycy czarnej). Ale czy tylko nasiona gorczycy są jadalne? Wcale nie! Liście również. Jest doskonałą rośliną na kiełki, ale większe rośliny można też zjadać. Na surowo - pikantne, zdecydowane w smaku, duszone jak szpinak tracą na ostrości, ale charakterystyczny smak pozostaje.
SAŁATA Z GORCZYCY I SZPINAKU
Młode liście szpinaku oraz młode rośliny gorczycy (w całości bez korzonków lub same listki) opłukać, rozdrobnić (albo i nie), skropić oliwą, dodać szczyptę soli, ew. posypać sezamem lub słonecznikiem, wymieszać. Odstawić na 15 minut, podawać do obiadu albo z grzankami.
GORCZYCA A'LA SZPINAK
Gorczycę opłukać w dużej ilości wody, wrzucić do garnka, posolić, polać oliwą, dusić 5 minut.
Nie trzeba dodawać przypraw - gorczyca sama w sobie ma dość zdecydowany smak.
Kiedy w ogrodzie przychodzi czas zbiorów, dobrze jest na grządkach wysiać tzw. poplon. Zabezpiecza ziemię przed erozją i ekspansją chwastów, przez zimę rozkłada się, a na wiosnę można już przekopać wzbogaconą w próchnicę glebę (bywa też, że poplon przekopuje się wraz z ziemią już jesienią). Poplon to też dobra jesienno-zimowa zielonka dla kur. Jako poplon można stosować różne rośliny - u nas to najczęściej łubin, zboża na oziminę albo... właśnie ona. Gorczyca biała.
Gorczyca należy do kapustowatych. Jest znana jako przyprawa - to właśnie nasiona gorczycy dodaje się do konserwowych ogórków, to właśnie z niej robi się musztardę (głównie z gorczycy czarnej). Ale czy tylko nasiona gorczycy są jadalne? Wcale nie! Liście również. Jest doskonałą rośliną na kiełki, ale większe rośliny można też zjadać. Na surowo - pikantne, zdecydowane w smaku, duszone jak szpinak tracą na ostrości, ale charakterystyczny smak pozostaje.
SAŁATA Z GORCZYCY I SZPINAKU
Młode liście szpinaku oraz młode rośliny gorczycy (w całości bez korzonków lub same listki) opłukać, rozdrobnić (albo i nie), skropić oliwą, dodać szczyptę soli, ew. posypać sezamem lub słonecznikiem, wymieszać. Odstawić na 15 minut, podawać do obiadu albo z grzankami.
GORCZYCA A'LA SZPINAK
Gorczycę opłukać w dużej ilości wody, wrzucić do garnka, posolić, polać oliwą, dusić 5 minut.
Nie trzeba dodawać przypraw - gorczyca sama w sobie ma dość zdecydowany smak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













