niedziela, 29 kwietnia 2012

Lost highway, czyli życie w cieniu autostrady

Pan Prezes Rolnej Spółdzielni Produkcyjnej był wyraźnie zdenerwowany. Od pół godziny błądziliśmy po lasach, a spółdzielczej łąki, na której miałam stwierdzić, czy nadaje się do przyrodniczych dopłat, ani śladu. Upał się wzmagał.

- No to teraz w lewo - mruknął do równie zdenerwowanego pracownika, który ponoć miał wiedzieć, gdzie ta łąka jest. Ale jakoś nie wiedział, a przecież dwa lata temu ją kosił! Skręciliśmy w lewo. Amortyzatory stęknęły na wybojach. Przejechaliśmy dwieście metrów i zobaczyliśmy ten sam widok co przed chwilą.

- Tu też autostrada! - zauważył kierowca.
- No to do wiaduktu trzeba wrócić... - jęknął Prezes.
- Ale ta łąka jest w końcu za autostradą czy przed?
- Chyba za... A ta druga jest przed... Zresztą, nie wiem... Czekaj, zatrzymaj się.

Prezes wysiadł, ku mojemu zaskoczeniu włączył Google Maps w komórce, okręcił się kilka razy wokół swojej osi, ale niewiele to pomogło.

- Czekaj - mruknął. - Zadzwonię po Andrzeja albo tego drugiego...

Zadzwonił. Okazało się, że i Andrzej, i ten drugi już dzisiaj co nieco spożyli, ale chętnie podzielą się wiedzą, gdzie jest rzeczona łąka. - To są stare kołchoźniki - tłumaczył Prezes, gdy po jeszcze większych wybojach wracaliśmy do wsi. - Oni tu znają każdą ścieżkę.

Po chwili nasza ekipa wzbogaciła się o dwóch solidnie zawianych panów, przekonanych o swojej doskonałej znajomości lokalnej topografii. Ponieważ ani Prezes, ani ja nie mieliśmy jakoś ochoty cisnąć się z nimi na tylnym siedzeniu, kierowca został zwolniony do domu, a Prezes przejął kierownicę. Prowadził dużo ostrożniej. Otworzyłam okno. Zapachem w samochodzie można było się nieźle upić.

- No to prosto prosto teraz, a za szkółką w prawo, i tam zaraz będzie... To moja okolica, od dzieciaka na grzyby tam chodzę...

Pojechaliśmy. Jak można było się spodziewać, po chwili naszym oczom ukazały się charakterystyczne barierki i śmigające auta.

- Szlag! No to inaczej...

Minęło kolejne pół godziny, podczas którego wiele razy skręcaliśmy to w prawo, to w lewo, trzy razy przejeżdżaliśmy przez wiadukt nad autostradą i pięć razy zawracaliśmy na wąskiej leśnej drodze, aż w końcu naszym oczom ukazała się rzeczona łąka. Bardzo zresztą ładna, duża i ze wszystkimi potrzebnymi gatunkami. W powietrzu pachniały czeremchy.



Ani Prezes, ani kierowca, ani stare kołchoźniki nie byli wcale takimi geograficznymi ignorantami, jak mogłoby się wydawać. Tak naprawdę znali okolicę jak własną kieszeń i jeszcze dwa czy trzy lata temu trafiliby wszędzie z zamkniętymi oczami. Tyle że teraz gminę przecięła autostrada, a kilkudziesięcioletnią znajomość okolicy diabli wzięli. Większość dróg prowadzi donikąd. Są dwa wiadukty, ale musi minąć kilka albo więcej lat, zanim w głowach mieszkańców powstaną nowe trasy, wydepczą się nowe ścieżki, w większości zmuszające do nadrobienia co najmniej kilku kilometrów.

Takich zdezorientowanych ludzi i jeszcze bardziej zdezorientowanych zwierząt, którym nagle wielka konstrukcja przecięła odwieczne trasy wędrówek na żerowisko, na nocleg, do wodopoju i tak dalej, jest wzdłuż autostrady setki, tysiące, a pewnie więcej. Pierwszy raz zdałam sobie sprawę, jak ogromny jest to problem i jakie to może być uczucie - błądzić po swojej najbliższej, doskonale znanej okolicy... Bezsilność, bezradność, upokorzenie.

Pewnie tak samo czuli się mieszkańcy mojej wsi, kiedy ponad 100 lat temu wybudowano nasyp z linią kolejową do Zielonej Góry. Wśród pól pod lasem widać jeszcze kępy zarośli, w lesie można natrafić na stosy gruzu - kiedyś stały tam gospodarstwa, z których krowy wyprowadzano codziennie na pastwiska w dolinie. Prowadzenie ich naokoło przez najbliższy wiadukt było pewnie możliwe, ale bardzo uciążliwe, bo to kilkakrotnie dłuższa trasa. Ciekawe, czy ktoś ich pytał o zdanie? Buntowali się? Dostali jakieś rekompensaty? Pewnie nie... Po wojnie nikt z nowych mieszkańców tych terenów nie zamieszkał w odciętych od doliny gospodarstwach za wsią.

Kiedyś w lesie powstała ścieżka, której przebieg wyznaczały wykroty, stare drzewa i bagna. Las wykarczowano, ziemię zaorano i podzielono na działki, kształt ścieżek i dróg zależał już nie tylko od ukształtowania terenu i naturalnych przeszkód, ale i od struktury własności, drogi zaczęły zginać się pod kątem prostym, krzyżować, choć wiele z nich wciąż prowadziło wzdłuż krawędzi doliny czy naokoło wzgórza. Ale wciąż były one tworzone przez lokalnych mieszkańców - ludzkich i zwierzęcych - zgodnie z aktualnymi potrzebami, pojawiały się, utrwalały, biegły przez wieki ważnymi dla wszystkich trasami. Ich sieć ewoluowała powoli, tak jak ewoluowały ludzkie potrzeby i priorytety. Autostrada nie ma nic wspólnego z powolną ewolucją. Autostrada przeczy temu wszystkiemu. Autostrada zmienia wszystko.

piątek, 27 kwietnia 2012

Pierwsza łąka w tym roku

Wreszcie, wreszcie robota w terenie! Dla botanika zima to czas ślęczenia przed komputerem - w terenie niewiele można zdziałać, póki nikt nie opracował słynnego "Klucza do oznaczania roślin w stanie suchym, zgniłym i zżartym" albo "Przewodnika do oznaczania zbiorowisk roślinnych pod śniegiem". Jedno i drugie znacząco poprawiłoby wydajność pracy botaników - no ale cóż, kiedyś też trzeba to wszystko wpisać, opracować, opublikować i tak dalej. Może więc natura mądrze z tą zimą wymyśliła.

Łąki wreszcie się zazieleniły i chociaż na poważne badania roślinności łąk jest jeszcze za wcześnie - spora część gatunków jeszcze nie wylazła - to dla potrzeb dokumentacji rolnośrodowiskowych z takiej łąki na przełomie kwietnia i maja można już wszystko albo prawie wszystko wyczytać. Zwłaszcza że termin składania wniosków o dopłaty mija 15 maja, a właściciele łąk nagle przypominają sobie, że trzeba poszukać botanika i zlecić ekspertyzę. Właściwie to przypominają sobie zwykle w lutym. Czasem są bardzo zdziwieni, że się nie da i trzeba poczekać. Najlepiej byłoby dokumentować łąki od połowy maja do połowy lipca, ewentualnie później, do końca września.

Ale jeśli na łące jest wszystko co trzeba, to widać to już teraz. Wiem, bo byłam i widziałam. Na przykład widziałam taką piękną wiązówkę błotną, która już niedługo wyrośnie bujnie i 1wysoko, zakwitnie biało i pachnąco, ale na razie jest malutkim listkiem:


Albo kaczeńce, czyli knieć błotną, świecącą z daleka żółtymi kwiatami wśród jasnozielonego sitowia leśnego:


Ale ogólnie na łące dominowały turzyce: błotna i pospolita. A ponieważ dominowały, można było zakwalifikować ją do wariantu "szuwar wielkoturzycowy", co dla rolnika oznacza prawie 900 zł za hektar rocznie (plus inne dopłaty), a roboty mało, bo kosić trzeba tylko 20% powierzchni każdego roku. Dla rolnika, który tak naprawdę nie jest rolnikiem, nie potrzebuje siana, pracuje zupełnie gdzie indziej, a łąka to tylko dodatkowe źródło dochodu (sporo jest takich), taka kwalifikacja to miód na serce.


Na łące było mokro - szuwar to lubi. Ale woda stała tylko miejscami, a wzdłuż granic płynął sobie uroczy, porośnięty na brzegach kaczeńcami rowek. Najlepiej byłoby rowek zatkać, woda rozlałaby się pięknie i stałaby całą wiosnę, ale sąsiedzi nie byliby zachwyceni - większość łąk dookoła zamieniono już na pola uprawne. Ważne jednak, żeby nie pogłębiać go jeszcze bardziej, nie osuszać dodatkowo - i taki zapis znajdzie się w wymaganiach w programie.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Trzy obiady z wegetariańską dziczyzną

Gdybym posłuchała mojego brata i jego rad doświadczonego blogera, wrzuciłabym każdy z tych obiadów do osobnego posta i dawkowała niecierpliwym czytelnikom co drugi dzień. Ale cóż, nie słucham i wrzucam wszystko razem. Jeśli za miesiąc skończy mi się wena albo w sezonie będę miała za mało czasu, te przepisy i tak będą juz przeterminowane. Czas na lebiodę i pączki mniszka jest TERAZ :-)

1. Obiad zapiekankowy z polentą i pączkami mniszka

Ugotowałam polentę z 1 szkl kaszki kukurydzianej i 3 szkl osolonej wody, odrobina masła. Wylałam ją na pokrywę żaroodpornego naczynia, żeby pięknie zastygła i dała się kroić w plastry, a właściwie trójkąty.
Pączki mniszka poddusiłam chwilę na maśle. Na parze ugotowałam brokuły (z mrożonki niestety, głównie z myślą o brokułożernym dziecku) i trochę marchewki. Dodałam do mniszka i trochę poddusiłam razem. Garam masala (która przez całą ciążę i karmienie zupełnie mi nie smakowała, a teraz przeżywa renesans), sos sojowy.
Trójkąty polenty ułożyłam na dnie naczynia, na tym ułożyłam warzywa i mniszek, a na to paseczki sera.
Zapiekłam. Jedliśmy z dziecięciem, które skupiło się na brokułach.



2. Obiad klasyczny

Cóż, na pierwszy rzut oka wygląda jak schabowy i sałata ze śmietaną ;-) 
Apetyczne kotlety to gotowany seler panierowany w jajku zielononóżki oraz bułce z sezamem. Brzmi okrutnie, ale jest świetny i dogadza nawet mięsożernym podniebieniom.
Sałata - to wcale nie sałata, sałata w sklepie nie jest smaczna, a w inspekcie jeszcze za mała. Za sałatę robi młoda lebioda, czyli komosa, w smaku sałacie niczym nieustępująca, poza tym że nie czuć chemii. Do tego trochę młodziutkiego podagrycznika, szczypiorek, rzodkiewka i łyżka jogurtu.
Ostatnie ziemniaczki eko przywiezione z Ujścia Warty, co zimę spędziły w kopcu i nawet o dziwo nie wymarzły.


3. Obiad nieco orientalny 


Sałata taka sama - króluje lebioda (niestety coraz starsza i niedługo trzeba będzie pożegnać się z nią na surowo), tyle że z czymś w rodzaju winegreta doprawionego sosem sojowym. Obok sałaty - naleśniki pszenno-gryczane z farszem ryżowo-soczewicowym, z niewielką ilością marchewki i selera, za to z przyprawami - czosnkiem, papryką czerwoną, zieloną pietruszką, pieprzem i garam masala. Żółty sosik z kurkumą, papryką czerwoną, też czosnkiem i też garam masala, zagęszczony mąką kukurydzianą, z masłem.



wtorek, 24 kwietnia 2012

Dzikie rośliny jadalne - mini atlas cz.2

Prezentuję kolejne smakowitości rosnące pod nogami.

Podagrycznik pospolity Aegopodium podagraria


O tym było już dużo. Chyba moje ulubione wiosenne warzywo liściaste. Jeszcze dwa zdjęcia młodych listków podagrycznika "z natury":




Babka zwyczajna Plantago major

Ponieważ doskonale znosi deptanie, jest typową rośliną ścieżek, dróg oraz pastwisk. Młode listki są świetne do podjadania na surowo - mają ciekawy, dość zdecydowany smak. Można je też np. panierować albo maczać w cieście naleśnikowym i smażyć albo po prostu dodawać razem z innym zielskiem do szpinaków i zup. Do jedzenia nadaje się też babka lancetowata Plantago lanceolata i nieco rzadsza, wapienio- i ciepłolubna babka średnia Plantago media. 



Krwawnik pospolity Achillea millefolium

Podobnie jak bluszczyk kurdybanek, dla mnie to raczej zielsko przyprawowe, dodatek, a nie baza dla dań. Dodaję do zup, szpinaków, sosów, zapiekanek, rzadziej sałatek. Rośnie na łąkach, pastwiskach, podwórkach. 



Jasnota purpurowa Lamium purpureum

Jeden z pierwszych kwiatów wiosennych na przydrożach, na podwórkach, w starych sadach... Jako dziecko uwielbiałam skubać te fioletowe kwiatki i wysysać z nich kropelkę nektaru, zebraną na końcu rurki. Podjadam je nadal. Trudno naskubać tego większą ilość, ale nawet pół garści pięknie ozdobi wiosenną sałatkę. Młode listki są jadalne, chociaż włochate, bez szału.




Szczaw zwyczajny Rumex acetosa

O szczawiu jeszcze będzie - w końcu zbliża się czas na zupę szczawiową. Rośnie na łąkach, przydrożach, podwórkach... Ostatnio jest moim utrapieniem, bo próbuję zagospodarować nieużytkowany przez kilka lat ogród - półmetrowe palowe korzenie, których wyrywanie wygląda czasem jak w wierszyku o rzepce, śnią mi się po nocach. Mniszek przy nim to niekłopotliwy chwaścik! Oba w końcu lądują w garnku.


Tasznik pospolity Capsella bursa-pastoris


Tasznik występuje u nas w trzech odmianach. Pierwsza - integrifolia - rośnie na polach i ma liście całobrzegie. Druga i trzecia - pinnatifida (na zdjęciu) oraz sinuata - mają liście podzielone, pierzasto-dzielne, powcinane i rosną na przydrożach, podwórkach, ścieżkach. Nieźle znoszą deptanie. Tasznik należy do kapustowanych i łatwo do zgadnąć po smaku liści. Są dość drobne, więc trudno nazbierać większą ilość, ale sprawdzają się jako dodatek do surówek, zup czy sosów oraz do podjadania. Kiedy byłam mała, dzieci często podjadały trójkątne łuszczyny tasznika - tzw. "chlebki".

cdn.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Gdzie jest moja kurka?"

Dzisiaj udostępniam pierwszą ze zrobionych przez nas hand-made książeczek dla dzieci, takich raczej małych dzieci - rocznych, dwuletnich. Naszemu synkowi się podoba :-) i z upodobaniem naśladuje dźwięki wydawane przez poszczególnych bohaterów.

Książeczkę można pobrać, wydrukować, złożyć, przerysować, wyświetlić na ekranie lub w dowolny inny sposób domowo wykorzystać. Oryginał wykonany jest na grubej, szarej tekturze i zbindowany. Po kliknięciu na obrazek wyświetla się on w pełnej rozdzielczości a przynajmniej takie jest założenie ;-)

Miłośnicy "Świata Dysku" Pratchetta zorientują się pewnie szybko, że książeczka jest mocno zainspirowana dziełem, które komendant Vimes czytał codziennie swojemu synkowi przed zaśnięciem - punktualnie o szóstej. Tylko raz nie zdążył i wynikła z tego niezła zadyma w krasnoludzich korytarzach. Tyle że tamta książeczka była o krówce, a my nie chcieliśmy popełniać plagiatu... i jest trochę inaczej. Zdaje się, że książeczka młodego Sama miała raczej fatalne ilustracje. Mam nadzieję, że nasze nie są najgorsze.






5krowa300



7myszka300
8kurka300

Marta Jermaczek-Sitak (tekst, projekt), Andrzej Sitak (ilustracje), Terry Pratchett (inspiracja): Gdzie jest moja kurka? Kosieczyn 2011/2012

Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych tylko w celach niekomercyjnych.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Dzikie rośliny jadalne - mini atlas cz.1

Wreszcie wzięłam na spacer aparat i porobiłam zdjęcia tego, co niemal codziennie ostatnio zbieram, znoszę do domu i wykorzystuję w kuchni - albo zjadam na miejscu. Na pierwszy ogień idą te najpospolitsze rośliny rosnące blisko człowieka, po które nie trzeba wyprawiać się na łąkę ani do lasu, wystarczy zapuszczony ogród, działka, wiejskie podwórko... Pierwsza do głowy przychodzi pokrzywa - pełno tego rośnie na "przychaciach i przypłociach", jak to określają starsze klucze botaniczne. Cóż, z pokrzywą jest ten problem, że wymaga rękawic i nie daje się podjadać "prosto z krzaka". Ale na szczęście oprócz pokrzywy jest jeszcze parę mniej agresywnych jadalnych zielsk - może nawet smaczniejszych.


Mniszek lekarski Taraxacum officinale s.l.


To chyba jedna z najlepiej znanych jadalnych roślin. Rośnie wszędzie, jest zmorą miłośników idealnych trawniczków. A przecież nie ma nic piękniekszego niż kwitnący wiosną mniszkowy łan, a potem - pole srebrnych dmuchawców. Jadalne są liście - najzdrowsze oczywiście na surowo, ale mają goryczkę - najlepsze są całkiem młode. Bez ograniczeń dorzucać można do zup, sosów, szpinaków, zielonych omletów itp.

Bluszczyk kurdybanek Glechoma hederacea


Kolejna pospolita roślina lubiąca miejsca żyzne, a więc również - jak to się ładnie mówi - okolice siedzib ludzkich. Bluszczyk ma intensywny smak i zapach, jest smaczny, ale nie w nadmiarze, lepiej żeby nie dominował nad potrawą. Kilka młodych pędów - "czubeczków" z kwiatkami lub młodych liści - może urozmaicić sałatkę, zapiekankę czy zupę. 


A to co? :-)

Komosa biała Chenopodium album

... zwana inaczej lebiodą.

Kojarzy nam się ze sporym zielskiem, a tymczasem najsmaczniejsza jest właśnie teraz, kiedy wychodzi z ziemi, prezentując podłużne liścienie i 1-2 pary młodych, jasnozielonych liści pokrytych mączystym nalotem. Są chrupiące, delikatne, smakowo zupełnie neutralne - jak sałata albo lepsze. Z wiekiem nabywają saponin i innych, mniej przyjemnych związków. Ale teraz można ją jeść bez obaw, na surowo albo na ciepło. Starsze liście lepiej ugotować i odlać wodę.

c.d.n.

Złość miłości szkodzi

I znów świetna książka, którą poleciłabym jako lekturę obowiązkową wszystkim rodzicom:


Przez pierwszy rok życia mojego dziecka byłam chyba całkiem cierpliwą matką. Aż sama się sobie dziwiłam, bo raczej jestem nerwus. Widocznie widok bezbronnego niemowlęcia w połączeniu z dawką laktacyjnych hormonów działały uspokajająco i kojąco. Owszem, miewałam dość. Bywałam nieludzko zmęczona i niewyspana, zwłaszcza na początku. Czasem miałam ochotę usiąść i płakać. Ale nie wściekałam się, nie klęłam, nie wrzeszczałam, nie miałam ochoty rzucić wydzierającym się zawiniątkiem o podłogę – chociaż wiem, że są rodzice, które mają takie myśli i wcale im się nie dziwię.

Ale czas mijał, dziecię zaczęło chodzić i poznawać świat – poznawać go z niesamowitą, bezinteresowną pasją czystego odkrywania, co to jest, jakie to jest, jak działa, jaki wydaje dźwięk, i jeszcze raz, i jeszcze, w pełnym skupieniu, a jednocześnie cały czas w ruchu, dalej, wyżej, wspinać się, ściągać, otwierać, wyjmować. I pewnego dnia weszliśmy do (świeżo posprzątanej) łazienki, żeby umyć ręce. Dzień był nerwowy, na kuchence gotował się obiad, pies domagał się wyjścia, w komputerze czekała nieruszona robota na przedwczoraj. Umyliśmy. O, kosz z brudnymi pieluchami do prania! Rączki znów brudne, pieluchy rozsypane. Papier toaletowy! Rozwijać, rozwijać, otworzyć sedes, wrzucić, wyjąć, o, jak fajnie woda z tego leci na podłogę! Mama, nie przeszkadzaj, to jest takie ciekawe, ja to MUSZĘ zrobić jeszcze raz! A gdyby wrzucić brudną pieluchę? Ale super nasiąka wodą... Mama, zostaw mnie, zostaw, o nie, nie zabieraj mi tego, nie zamykaj sedesu, nie chcę stąd wychodzić, AAAAAAAA!

Już w połowie tej scenki czułam, jak mój mózg zalewa jakaś szara, lepka, gorąca substancja, absolutnie wyłączająca wszelkie myślenie. Nie pamiętam dokładnie, co w końcu zrobiłam, ale zdaje się, że wyszarpnęłam z małych rączek rekwizyty arcyciekawych eksperymentów, wrzasnęłam coś niecenzuralnego, wzięłam wrzeszczące wniebogłosy dziecię pod pachę i wyniosłam z łazienki, po czym zatrzasnęłam drzwi. Dziecię ryczało potem chyba z 15 minut aż do totalnego usmarkania, a ja razem z nim.

Kiedy emocje opadły, byłam przerażona. Przecież przeczytałam różne mądre książki o mądrych rodzicach, o sztuce mówienia „nie”, o kompetentnym dziecku i tak dalej. Ale cała ta wiedza teoretyczna nie przydała mi się na nic, kiedy mózg zalała mi ta szara galareta, w której niemożliwe było dogrzebanie się do najmniejszej nawet sensownej myśli. W takiej chwili NIC nie przychodziło mi do głowy, poza dzwoniącym w głowie „co za wstrętny bachor” albo czymś podobnym. Ale za jakiś czas znów trzeba było wejść do tej strasznej łazienki. Spinałam się cała już na wstępie, wiedziałam, że zaraz coś się wydarzy, dziecko będzie wrzeszczeć i ja będę wrzeszczeć, a nie będę mogła wyjść i go tam zostawić, bo wlezie na pralkę, spadnie i rozbije sobie łeb o kafelki. Zaczęłam się bać tego miejsca. Do tego doszło jeszcze kilka podobnych sytuacji. To się robiło nieznośne. A przecież nie miał jeszcze nawet półtora roku! Przed nami bunt dwulatka, trzylatka, problemy z sześciolatkiem, nastolatkiem... Jak sobie poradzę, jak teraz już wymiękam i wybucham? Co ze mnie za matka?

I wtedy przyszła ta książka. Właściwie książeczka. Wzięłam ją do torby, zostawiłam dziecko z tatą i wyjechałam na dwa dni. W pociągu przeczytałam, podkreślając ołówkiem co ważniejsze rzeczy, choć zwykle nie bazgrzę po książkach. Tutaj zdarzały mi się nawet potrójne wykrzykniki na marginesach. Tak, to była książka o moim problemie. O tym, jak bardzo pomagają pewne schematy działania, kiedy mózg jest zalany szarą galaretą. Głęboki wdech i wydech, policzyć do dziesięciu, a gdy galareta się przerzedzi, uruchomić w głowie myśl, która całkiem ją zlikwiduje. On jest po prostu bardzo ciekawy świata. Niesamowite, jak potrafi się skupić na jakiejś czynności i jaki jest w niej wytrwały. To typowe dla jego wieku, ale jest też wyjątkowo ruchliwy i aktywny. Galareta znika. Myślenie wraca. Można zastanowić się na spokojnie, jak wywabić naukowca z łazienkowego laboratorium, zanim przypali się obiad. Znaleźliśmy wiele sposobów. Łazienka nie jest już straszna.

Autorzy zalecają prowadzenie dzienniczka złości, notowania problemowych sytuacji, „myśli-zapalników”, określanie poziomu złości według przyjętej skali. Przyznaję, że tego nie zrobiłam, przeczytałam tylko książkę i to już bardzo mi pomogło. Może po prostu mój problem nie był jeszcze zaawansowany. A może jeszcze kiedyś będzie to potrzebne?

Tu inna recenzja tej książki:
http://dziecisawazne.pl/kiedy-twoja-zlosc-krzywdzi-dziecko-2/

A tu fragment:
http://dziecisawazne.pl/kiedy-twoja-zlosc-krzywdzi-dziecko/

Matthew McKay, Kim Paleg, Patrick Fanning, Dana Landis: KIEDY TWOJA ZŁOŚĆ KRZYWDZI DZIECKO. PORADNIK DLA RODZICÓW. Wydanie I, 2012, oprawa miękka, 200 stron, Wydawnictwo MiND