wtorek, 10 marca 2015

O kurze, co jeździła koleją... cz.2

Dzisiaj będzie o Intercity.

Intercity reklamuje się obecnie jako super luksusowa spółka PKP, jakże odmienna od tej żałosnej całej reszty, kolej dla zamożnych, biznesu itp. W reklamach pokazują się typy w garniturkach i elegancko ubrane panie, stać ich na luksus i mogą zapłacić, a teraz dowiadują się, że można taniej, bo nawet dla krezusów są promocje. Albo nie chcą stać w korkach albo płacić mandatów, więc mogą super szybką koleją przemieszczać się między miastami.


Napiszę, jak to wygląda z mojego punktu widzenia.

Intercity to - pomijając Pendolino, o którym nie piszę, bo nim nie jechałam - dwa typy pociągów. Pierwsza to ekspresy, faktycznie szybkie, ale i piekielnie drogie, druga to opcja "dla ubogich" czyli TLK, kosztuje mniej więcej połowę tego co ekspres.

Jak to jest z tym luksusem w ekspresach?

Na początek o dobrych stronach: jest internet. I to niezły internet. Jeszcze niedawno - jakoś tak do grudnia - mieli jakąś starą umowę i o ile od Zielonej Góry do Poznania jeszcze dało się sprawdzić mejle, to w Poznaniu wsiadało całe mnóstwo ludzi z laptopami, każdy odpalał swoje i nikt nie mógł się połączyć. Teraz jest zupełnie spoko, internet śmiga, tylko youtube jest zablokowane, ale nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza za darmo. Ale nie ma nic za darmo. Ceną są wagony oklejone wraz z oknami wściekle różowymi reklamami znanej marki telefonicznej, która ów internet "udostępnia". Dzięki temu na świat za oknem patrzymy przez tysiące maleńkich kółeczek. Ale po co patrzeć na świat, skoro jest internet.

Jest klima. Jest nie więcej niż 6 miejsc w przedziale, są wygodne, fotele zwykle się nie rozpadają, są w tych przedziałach (zwykle) gniazdka, chociaż nie każdą wtyczkę da się do nich wetknąć (moją tylko w gniazdka od strony okna). Część wagonów jest bezprzedziałowa. Zdarzają się składy stare, chociaż wyremontowane, ale nadal z tymi wariackimi drzwiami, z którymi trzeba walczyć i nigdy nie wiadomo, czy w końcu się otworzą - i jest to dość stresujące, gdy pociąg stoi na stacji minutę. Zwykle się otwierają w końcu, ale zdarzyły mi się zablokowane.

Jest szybko. Dość szybko.

No i tyle.

Pamiętam, kiedy spółka Intecity wchodziła na rynek - było to 14 lat temu. Wtedy rzeczywiście różnica była ogromna. Cała reszta kolei wyglądała tak, jak teraz najgorsze składy i linie PR. Co prawda najgłębsza zapaść kolei miała dopiero nadejść, ale już robiło się źle. I wtedy pojawiły się połączenia w niecałe 3 godziny z Poznania do Warszawy, nowe albo wyremontowane wagony, pierwsze bezprzedziałowe, co zachwyconym pasażerom kojarzyło się z samolotem, czasem drzwi na przycisk, automatyczne kibelki - super luksus. Do tego obsługa rozdawała poczęstunek. 

Na początku - kto jeszcze to pamięta? - była duża kawa/herbata i - uwaga! - kanapka. Do tego chyba jeszcze słodkie. Naprawdę kanapki były! Szybko z nich zrezygnowano i potem dawali tylko to słodkie, jakiś wafelek. Przez lata wielkość kawy/herbaty i wafelka stopniowo się zmniejszała, aż do stanu obecnego, kiedy na linii Zbąszynek-Warszawa dostaję tylko herbatkę 150 ml. Bez wafelka. Ale na tym nie koniec, bo pewnego styczniowego poranka, godzina 5.40, kiedy zmarznięta na kość wsiadłam do super lux ekspresu, za który zapłaciłam 132 zł, dziewczę podeszło do mnie i zapytało:
- Gazowana czy niegazowana?
- ???
- Rozdajemy poczęstunek.
- A herbaty nie będzie?
- Niestety dziś nie jeździ...
- A można kupić? A może sam wrzątek...?
- Nie, bo nie ma Warsu...

O 5.40 rano zimnej wody nawet moja koza nie pije. Nawet w sowieckich pociągach zawsze był kipiatok. Zrezygnowałam, a sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy. Zaczęłam brać ze sobą termos, jak za starych dobrych czasów, kiedy nie było luksusowych połączeń do stolicy, a w korytarzach wagonów zalegał śnieg. Na szczęście ostatnio herbata wróciła. Ale przyznam szczerze, że wolałabym jechać o połowę tańszym IR (albo trzy razy tańszym na regiokarnecie) w takim samym bezprzedziałowym wagonie, z takim samym internetem, a herbatę - dużą! - kupić sobie u miłego pana za 5 zł. Oczywiście jest ponad godzinę dłużej, ale nie przeszkadza mi to. Tyle że dogodnych IR już nie ma, zostały ekspresy.

Poczęstunek w IC. Nie każdy zasłużył na miejsce ze stolikiem :-)

Jeszcze o szybkości. Niedawno ktoś zestawił czasy dojazdu między różnymi miastami z okresu, kiedy IC dopiero weszło na rynek, z dzisiejszymi niby super szybkimi kolejami, włączając pendolino. Różnice są minimalne, niektóre czasy przez 14 lat się wydłużyły. 

No i jeszcze TLK. O nich nie będę się rozpisywać, bo bardzo wiele już w internecie na ten temat napisano. TLK zastąpiły stare pospieszne i właściwie nie różnią się od IR, a właściwie są często gorsze, zależy jak się trafi. Nie ma w nich WARSu. Zatkany kibelek, śnieg w korytarzu, zepsute okna, tłok, panowie raczący się wódeczką i śledziem albo rozlewający piwo na współpasażerów (zdarzyło mi się całkiem niedawno - być oblaną, nie rozlać) - to wszystko możesz spotkać w teelce. Albo i nie, może się trafić całkiem wygodny i czysty przedział z miłymi współpasażerami. Jak w życiu.

W następnym odcinku o Kolejach Wielkopolskich.

czwartek, 5 marca 2015

O kurze, co jeździła koleją...

...czyli subiektywny przewodnik po spółkach kolejowych na przykładzie linii Zbąszynek-Poznań-Warszawa :-)

Jeżdżę sporo pociągami. Co tydzień podróżuję co najmniej raz do Poznania i z powrotem, zwykle też do Warszawy i z powrotem. Spędzam w pociągach dużo czasu, co zresztą lubię, bo mogę w spokoju popracować, napisać zaległe teksty albo nadrobić lektury. Trafiam na różne pociągi, różne warunki podróży, różne standardy obsługi. Na tej linii spotkać można pociągi trzech spółek. Dla tych, co dużo jeżdżą i chcieliby wymienić spostrzeżenia, ale też dla tych, co mało jeżdżą i chcą wiedzieć, czego się spodziewać – małe zestawienie plusów ujemnych i dodatnich poszczególnych przewoźników. W tym tekście napiszę o Przewozach Regionalnych, w następnym (albo następnych) o Intercity i Kolejach Wielkopolskich.

PKP Przewozy Regionalne

Tak w największym skrócie, Przewozy Regionalne to jest to wszystko, co zostało z dawnych kolei. Głównie tabor i obsługa, ale też komfort, zwyczaje, absurdy. Mają jedną wielką niekwestionowaną zaletę: jest tanio.
Poza tym PR to ruletka. A może raczej wiejska loteria. Nigdy nie wiesz, na co trafisz.
Można trafić na piękny, nowoczesny szynobus w barwach województwa, z ekranikiem wyświetlającym trasę i kibelkiem otwieranym na guzik, czysty, cichy i wygodny. Pan konduktor będzie ten co zawsze, będzie ryczał na wejściu „Bilety do kontroli!!!”, ale dopóki się nie odezwie, będzie Europa.
Można trafić na wypasiony pociąg Interregio, z nowymi bezprzedziałowymi wagonami, herbatą/kawą i internetem. Taki pociąg jeździł swojego czasu rano na trasie Szczecin-Lublin i był moim głównym środkiem dojazdów do Warszawy. Mało kosztuje, zwłaszcza jeśli np. wykupić regiokarnet. Niestety zlikwidowali go, nad czym wielce ubolewam, bo muszę teraz tłuc się różnymi alternatywnymi połączeniami, jedno gorsze od drugiego.
Można trafić na składak, czyli pociąg, w którym każdy wagon jest inny – pociąg, którym jadę w tym momencie, ma za lokomotywą dwa żółto-niebieskie wagony piętrowe, kilka starych wagonów z przedziałami, część z 8-osobowymi, część z 6-osobowymi, a na końcu jeszcze stare wagony bez przedziałów, z gąbką powyrywaną z siedzeń. Dziwne, że nie doczepili kilku bydlęcych czy towarowych i cysterny. O ile uda się dopchać do odpowiedniego wagonu, podróż może przebiegać całkiem komfortowo, jeśli nie liczyć ogrzewania na full, zaspawanych okien latem albo nie zamykających się zimą, zardzewiałej toalety pełnej po burty brązowego płynu chlapiącego na zakrętach itp.
Ale można też trafić na trzepak. Trzepak jest stary i różowy, tzw. jednostka, w środku czasem ma siedzenia ortopedyczne, a czasem ładne odnowione wnętrze, ale ma jedną cechę, z którą najwyraźniej nic się nie da zrobić, bo odkąd pamiętam, te pociągi zawsze tak miały – otóż trzepak, jak sama nazwa wskazuje, trzepie. Wszystko jest ok, jeśli jedzie powoli, ale po przekroczeniu pewnej prędkości wpada w jakiś piekielny rezonans i zaczyna telepać na boki, szarpać, trząść. Chcesz się napić herbaty – przygotuj się na oparzenia, zresztą pewnie właśnie dlatego w tych pociągach herbaty nie sprzedają. Chcesz popracować – zapomnij, laptop spada z kolan, palce nie trafiają w klawisze. Chcesz poczytać, pograć w grę na komórce – zrezygnujesz po kilku minutach, kiedy rozboli cię głowa od oczopląsu. Chcesz się zdrzemnąć, oprzeć głowę – wstrząs mózgu gwarantowany.
Pozostaje siedzieć, próbować utrzymać się na siedzeniu i rozkoszować się podróżą. Pociąg byłby w sam raz na krótką podróż do szkoły ze Szczańca do Świebodzina, ale kiedy podstawiają go na linię Warszawa-Poznań, robi się trochę mniej wesoło.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba napisać. Czasem w tych pociągach jest jeszcze pierwsza klasa. Nie kosztuje dużo więcej, a na tzw. dużym regiokarnecie w ogóle jest do wyboru jako opcja w tej samej cenie. Jednak już przy drzwiach stoi pan lub pani konduktor i krzyczy, kiedy tylko się zbliżyć: „Ale to jest pierwsza klasa!! Wie pani, że to pierwsza klasa?? Ma pani bilet na pierwszą klasę?? Na pewno na pierwszą??” I kiedy już człowiek lustruje niespokojnie swój ubiór i zabłocone buty, okazuje się, że pani/pan woła to samo do innych wsiadających, dużo bardziej wyglądających na pierwszą klasę, pod krawatem, w garniturze i z laptopem w eleganckiej torbie, a nie połatanym plecaku. I tak jest na każdej stacji, aż człowiek zaczyna żałować, że w ogóle pomyślał o podróży tą burżujską jedynką i zastanawiać się, czy na pewno go na to stać i czy w tych wytartych dżinsach w ogóle tu pasuje – nawet jeśli z siedzeń lecą wióry, w zagłówkach siedzą pluskwy, a toaleta nieczynna z powodu awarii. Albo, co gorsza, czynna mimo awarii.

No ale jest tanio. I ostatnio całkiem punktualnie. Świetną sprawą są regiokarnety - mały za 75 zł, pozwalający na 3 wybrane dni podróżowania pociągami osobowymi, i duży za 129 zł, który obowiązuje też w interregio, w dowolnej klasie. Honorują je też niektóre spółki lokalne. W ten sposób mogłam pojechać do Warszawy i wrócić tego samego dnia za 43 zł - kiedy jeszcze miałam poranne połączenie. Może powróci?

Ciąg dalszy nastąpi :-)

niedziela, 1 marca 2015

"Był sobie las" - konkurs!

Niesamowity film wchodzi za kilka dni na polskie ekrany:


Tak mówi o filmie reżyser:

"Kiedy Francis powiedział mi, że potrzeba 700 lat, aby las w tropikach stał się pierwotnym, wiedziałem, że moja historia przebiega tą drogą. Zamiast wyjść od dostrzegalnie bujnej całości lasu, miałem całkowicie odbudować go na oczach publiczności. Wyobraziłem sobie zdewastowaną ziemię, którą zostawilibyśmy w spokoju na siedem wieków. Las rekonstruuje się jak puzzle na oczach widzów aż do uzyskania punktu równowagi, to znaczy ostatecznego punktu, w którym łączą się wszystkie żywe organizmy na niego się składające. Las przypomina domek z kart, w którym każda z nich jest niezbędna, aby stał prosto. Pomysł był taki, aby dać do zrozumienia, że w owym ekosystemie wszystko jest zespolone, począwszy od nieskończenie małego elementu do nieskończenie wielkiego, niczym matrioszki włożone jedna w drugą." (Luc Jacquet, reżyser)

I jeden bardzo bliski mi cytat z Francisa Halle, ekologa, botanika, narratora w filmie, który w wieku 75 lat wspina się na najwyższe drzewa deszczowego lasu...

"Wszystko wywodzi się z dziecięcej pasji. Moi rodzice posiadali pół hektara lasu w Seine-et-
Marne, gdzie schroniliśmy się podczas wojny. Na tym leśnym obszarze spędziłem bardzo
dużo czasu, wspinałem się na drzewa. Sądzę, że ludzie rozwijają się, gdy szanują i doceniają
pasje z dzieciństwa. Ludzie, którzy sięgają dalej, wyżej i żyją z rozmachem, to ci, którzy pozostają
wierni swemu dzieciństwu."

UWAGA KONKURS :-)

W związku z filmem - pierwszy na "Kurze..." konkurs dla czytelników - ale nie ostatni. Do wygrania są dwa podwójne zaproszenia na premierę filmu - jedno na 6 marca do Wrocławia, drugie na 7 marca do Krakowa. Możesz wygrać dla siebie albo dla znajomych z jednego z tych miast.

Co trzeba zrobić?
1. polubić "Był sobie las" na facebooku,
2. napisać tutaj lub pod postem o konkursie na fb kilka zdań o najważniejszym lesie swojego życia,
3. napisać, czy Wrocław, czy Kraków - a może chcesz wziąć udział bez odbierania nagrody, niech obejrzą inni.

Zapraszam do udziału i udostępniania znajomym! Ogłoszenie wyników wieczorem w środę, 4 marca. A ja w najbliższym czasie napiszę też o moim ulubionym lesie - lesie, który najsilniej ukształtował moją przyrodniczą duszę. Było ich wiele, ale jeden jest szczególny.

środa, 18 lutego 2015

Przedwiośnie nad Wisłą

Czas trochę zmienić krajobraz, wyjść na chwilę ze swojskiego kurnika i sadu i pojechać 400 km na wschód. Raz w tygodniu - w sezonie częściej, zimą rzadziej - jeżdżę do Warszawy, gdzie pracuję w projekcie odtwarzania łąk zalewowych w warszawskiej dolinie Wisły. Właśnie kilka dni temu pierwszy raz w tym roku pojechałam w teren. Świeciło słońce, wiał mroźny wiatr, śpiewały sikory, a na wierzbach rozwijały się pierwsze bazie. I chwilami naprawdę trudno było uwierzyć, że jesteśmy w mieście, w stolicy. Przypominał o tym tylko hałas pobliskich ulic.

Widać Pałac Kultury :-)



A tu widziałam dzika. To jeden z naszych obszarów restytucji.


To wciąż Warszawa, choć już trochę dalej od centrum.



Kępki zielska i patyków na drzewach pokazują, jak wysoko czasem sięga tu woda.




Zakochuję się w Wiśle :-) 

niedziela, 15 lutego 2015

Testosteron

Halo, czy są tu wielbiciele (i wielbicielki) kuraków? :-)


Będzie znowu o nich, nowe stadko daje jednak mnóstwo okazji do ciekawych obserwacji.
Towarzystwo zaaklimatyzowało się i wreszcie zaczęło produkować jajka.


Ozimina już wiosennie bujna i zielona, więc codziennie dostają sporą porcję. Na zdjęciu Tymo z oziminą i buntem dwulatka :-) który ostatnio towarzyszy nam nieustannie.


Najmłodsza panna :-)


Spróbowałam dzisiaj wypuścić razem dwa koguty, od paru dni normalnie spacerowały oddzielone tylko siatką, poza pianiem nie interesowały się sobą (pozornie, jak się okazało), no więc otworzyłam drzwi. Mieliśmy już kiedyś kilka kogutów na jednym wybiegu i było całkiem spoko, poza tym że stworzyły wspólnie gang złodziei jajek. Ale to były koguty, które razem chowały się od pisklęcia. Tutaj tak nie było.

Wielką trucizną jest testosteron :-)


Koguty podskakiwały naprzeciwko siebie z nastroszonymi kryzami, uniesionymi skrzydłami, tupały, syczały... A raz na jakiś czas skakały na siebie z dziobami i pazurami. Sussex jest większy i cięższy, ale zielononóżek szybszy, zwinniejszy i bardziej skoczny. Szanse więc może były wyrównane, ale zielononóżek ma duży grzebień, który podobno świadczy o wysokim poziomie testosteronu, bardzo dobrze ukrwiony i podatny na urazy - zdarzało mu się np. uszkodzić o siatkę. Pozwoliłam chłopakom poskakać trochę, ale nie zapowiadało się na to, żeby miały przestać... Po pierwszej krwi (grzebień zielononóżka oczywiście) wprowadziłam między nabuzowane samce radykalny środek w postaci gospodarskiego gumowca...


...złapałam tego, którego łatwiej było złapać (pierdołowaty sussex) i wrzuciłam do izolatki. Jednocześnie okazało się, że kurka krzywodzióbka, wcześniej mieszkająca z zielononóżkiem, obrywa od pozostałych kur, więc też złapałam ją i wrzuciłam do drugiej izolatki. Zielononóżek tymczasem skorzystał z okazji, uciekł na duży wybieg, nie dał się już złapać i na kilka godzin został znów królem kurnika :-)


Wieczorem, kiedy towarzystwo spało po ciemku na grzędach, dokonałam niezbędnych zamian i przetasowań. Krzywodzióbka z zielononóżkiem korzystają z wybiegu kozy, kiedy jest na pastwisku, sussex króluje na wybiegu kurnika z resztą towarzystwa. Trudno.


I takie to wiejskie życie nie zawsze sielankowe ;-)

wtorek, 10 lutego 2015

Nowe stado

Kilka dni po okropnych wydarzeniach, które opustoszyły nam kurnik, znalazłam ogłoszenie o sprzedaży kurek z najbliższej okolicy. Malutkie ekologiczne gospodarstwo cudownie położone wśród łąk doliny Leniwej Obry, kilka kilometrów od nas, musi sprzedać kurki, bo po zimowych wichurach kurnik wymaga generalnego remontu. Najlepiej komuś, kto nie zrobi z nich rosołu, tylko zapewni szczęśliwe życie i emeryturę...

Zadzwoniłam natychmiast.

Są u nas już tydzień i powoli się oswajają. 



Owszem - nie wszystkie kurki są kurkami :-) Nowy dom znalazła u nas również para kaczek - biegusów indyjskich, zwanych trafnie kaczkami-pingwinami. Są prześmieszne, w kilka minut zamieniają w błoto każdą ilość wody, jeszcze trochę przestraszone, ale myślę, że szybko się oswoją, zwłaszcza że u poprzedniej właścicielki chodziły krok w krok za ludźmi. Biały jest kaczorek, a czarna kaczuszka. O ile kury już trochę znam i mniej więcej wiem, o co im chodzi, jakie wydają dźwięki, jakie mają zachowania i co one znaczą, to kaczki są dla mnie zupełną nowością.


Poza tym towarzystwo bardzo zróżnicowane. Są trzy kurki brązowe, jedna czarna (w tym momencie moja ulubiona, bardzo ciekawska kurka), jedna biała i jedna jarzębata - najładniejsza, najstarsza i największa. No i kogut - rasowy ;-) Niestety między naszym kogutem a nowym rezydentem od razu doszło do spięć i chwilowo chłopaki muszą mieszkać osobno. Naszemu kogutkowi dokwaterowałam dodatkowo kurkę krzywodzióbkę, rekonwalescentkę po psiej rzezi. Kurka ma się dobrze, koguty oglądają się przez siatkę i pieją na dwa głosy (nasz woła klasycznie "kukuryku!" a przybysz odpowiada niżej "kukururu!"). Nasz jest bardziej zadziorny, ale nowy jest większy i cięższy, więc nasz w pierwszym starciu nieźle oberwał, zwłaszcza że ma okazalszy i bardziej podatny na urazy grzebień. Może z czasem jakoś ustalą strefy wpływów i będą mogły być razem.

Tu nowy szef kurnika - zresztą dość słaby z niego przywódca, póki co zdecydowanie rządzi jedyna pozostawiona w stadzie zielononóżka. Jest w końcu u siebie.


Tu ciekawska czarna :-)


Biała (piękny ma ogon) i kaczorek.


I jeszcze raz całe towarzystwo, włącznie z szefową na pierwszym planie. Dostawa świeżej oziminy wreszcie pozwoliła nam przełamać lody i wreszcie mogłam spokojnie zrobić im zdjęcia z bliska, wcześniej uciekały.


I tak poznajemy się powoli z nowym stadem. Chciałabym jeszcze tylko, żeby zaczęły... znosić jajka :-P Póki co doczekałam się zaledwie dwóch. Ale mam nadzieję, że kiedy stres opadnie i wiosenne słoneczko zaświeci, jajeczka jeszcze się sypną. Również kacze :-)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Dyniowy maraton

Dynia to warzywo, które w dobrych warunkach przechowuje się długo. Kiedyś, kiedy powszechne były zimne piwnice z temperaturą do kilku stopni, można było nawet do maja cieszyć się wyhodowanymi jesienią dyniami. Teraz w naszej piwnicy stoi piec i przechodzą rury od centralnego ogrzewania - warzywa przechowują się do połowy zimy, ale niewiele dłużej, zwłaszcza kiedy zima jest taka jak w tym roku. Moje dynie schowałam w słomie w budynku kurnika. Trzymały się nieźle, jednak kilkunastostopniowe temperatury na dworze dały im się we znaki i w pewnym momencie okazało się, że trzeba dość szybko zjeść wszystkie. Rozpoczęliśmy dyniowy maraton.



1. Zupa dyniowa

Zupa dyniowa to u nas pewniak, który na pewno będzie wszystkim smakował (no, może prawie wszystkim, Tymo nie ma jej w swoim wąskim zakresie troficznym), świetnie się też nadaje do przyjmowania gości - w większości domów to jednak egzotyka. Można ją jeść na obiad (u nas zwykle z makaronem), można pić z kubka jako ciepłe śniadanie albo przegryzać bagietką na kolację. Robię wielki gar na 2-3 dni.
Robię ją w dwóch wersjach. Pierwsza - z dyni typu hokkaido, bardziej pożywnej, mącznej i ciekawszej w smaku - nie wymaga właściwie prawie nic prócz dyni. Można pokroić cebulkę albo kawałek świeżego imbiru i poddusić je wraz z dynią na oliwie, potem dodać wody, soli, pieprzu, można imbiru jeszcze - ugotować, zmiksować. I koniec. Jeśli używam bardziej wodnistej dyni o mniej charakterystycznym smaku (np. atlantic giant), dodaję jeszcze marchewkę, pietruszkę, ziemniak, więcej cebuli. I tak samo całość najpierw duszę, a potem zalewam wodą, przyprawiam, gotuję i miksuję. Imbir koniecznie, nieźle gra też czarnuszka.

2. Owsianka z dynią

Sposób na przemyt dyni nawet najwybredniejszym typom (które jednak tolerują owsiankę, zwłaszcza odpowiednio, hmm, doprawioną i ozdobioną). Do zimnej wody utrzeć drobno kawałek dyni, dodać dwie garście płatków, parę minut niech namakają, powolutku gotować do lubianej konsystencji (u nas totalna paciaja), na końcu dodać łyżeczkę masła. Na talerzu posypać łyżeczką "sztucznego" i "chemicznego" kakao rozpuszczalnego i sprzedać potworom jako deser czekoladowy. Dynia? Jaka dynia?



3. Risotto z dynią

Albo kaszotto, jeśli użyjemy kaszy. Do naczynia żaroodpornego wlewam dwa kubki gorącej wody, wsypuję 1 kubek kaszy albo ryżu, dolewam oliwy i przypraw - no cóż, na zjadalność potrawy w naszym domu dobrze wpływa dodany na tym etapie sos sojowy oraz tzw. jarzynka, ale taka bez soli i glutaminianu, tylko suszone drobno pokrojone warzywa. Nadaje to najwyraźniej jakiś atrakcyjny fastfoodowy smak, który moje starsze dziecko, raczej nie znające fastfoodów, instynktownie preferuje, co ogranicza mocno kulinarne pole działania. Ambitniej będzie zapewne z curry albo czymś w tym rodzaju ("ja tego nie lubię, nie lubię koloru żółtego!"). Wstawiam do piekarnika, w tym czasie kroję cebulę, marchewkę, dynię, wrzucam jak ryż/kasza wchłonie już trochę wodę, mieszam. Jeśli dynia jest hokkaido, to trzeba uważać, czy nie trzeba dolać wody w trakcie, bo będzie za suche, jeśli dynia jest z tych wodnistych, do dla odmiany trzeba się martwić o nadmiar płynu (wodnistą zapiekankę dobrze ratuje się kostką sojową albo granulatem). Jak już gotowe, na wierzchu układam jeszcze na 2-3 minuty żółty ser.

4. Zapiekanka warzywna, oczywiście z dynią

Pokrojone ziemniaki, marchewki, pietruszki, cebula, czosnek, dynia, oliwa, pestki dyni, sól, pieprz. Opcjonalnie na wierzchu w ostatniej chwili ser.


Została mi jeszcze jedna mała masłowa. Może wytrzyma w lodówce jeszcze parę dni, bo chyba wszyscy mamy dość :-)