Chociaż zima jeszcze szczerzy zębiska...
...wszystko wskazuje na to, że to już ostatnie takie dni. Sikory i kosy śpiewają, skowronki przyleciały, a przebiśniegi po raz kolejny dźwigają główki nad śniegiem. Światło już całkiem inne, a wieczorami sierp księżyca uśmiecha się nad stodołą sąsiada.
I właśnie z pierwszym powiewem wiosny, z pierwszymi skowronkami zawitał do nas nowy człowiek :-)
sobota, 16 marca 2013
piątek, 1 marca 2013
Kotleciki ziemniaczane z sezamem
0,5 kg ugotowanych i
pogniecionych ziemniaków (np. z wczorajszego obiadu)
2 jajka
4 łyżki sezamu
kilka cm kawałek pora
2-3 łyżki mąki z
ciecierzycy lub innej
2-3 łyżki domowego
twarogu
oliwa
sól, pieprz
ew. bułka tarta
Ziemniaki, jajka, sezam,
mąkę, twaróg dokładnie wymieszać. Por pokroić w półkrążki,
zrumienić na oliwie, dodać do masy. Posolić, doprawić pieprzem
(dość sporo). Formować kotleciki, powinny być miękkie, ale nie
rozpadać się i nie lepić za bardzo do rąk. Jeśli masa jest za
rzadka, można dodać trochę bułki tartej. Piec ok. 30 minut w 180
st., aż się przyrumienią.
Do tego świetnie pasuje sos grzybowo-ziołowy:
garść suszonych grzybów
(borowików, podgrzybków...)
2 szklanki wody
2 łyżki śmietany
(niekoniecznie)
1-2 łyżki mąki
pszennej (razowej lub białej)
1 łyżka masła
1 łyżeczka suszonego
tymianku
pół łyżeczki
suszonego koperku
sól, pieprz
Grzyby namoczyć
(niekoniecznie), pokroić lub połamać, ugotować w 1,5 szkl wody.
Śmietanę i mąkę rozrobić z przyprawami i ziołami w pozostałej
części wody, wlać do gotującego się wywaru, dokładnie
wymieszać. Na koniec dodać masło.
Zjedliśmy z surówką z selera, marchwi i jabłka.
sobota, 16 lutego 2013
Zmiana paradygmatu edukacji...
Polecam świetny wykład o koniecznych zmianach w systemie edukacji, który został stworzony dla zupełnie innego świata...
sobota, 9 lutego 2013
Niezgodne z naturą?
Miałam
tu pisać o homoseksualizmie z perspektywy biologa, o tym, jak
bzdurne jest mówienie o „nienaturalności” orientacji
seksualnych innych niż hetero, o tym, jak ogromne znaczenie w
przyrodzie miewa „jałowość i bezproduktywność”, o różnych
płciowych i bezpłciowych cudach i dziwach na niebie i ziemi, o
jakich nie śniło się moralistom. O tym, że właściwie nie da się
znaleźć przykładu takiego gatunku, w którym rozmnażałyby się
równo wszystkie osobniki, a wiele jest takich – szczególnie gatunki
społeczne – w których rozmnażają się tylko niektóre, wybrane,
czasem jeden osobnik na milion. I że „takie rzeczy” zdarzają
się właściwie na wszystkich gałęziach filogenetycznego drzewa
bioróżnorodności, od najprostszych mikroorganizmów po najbliższe
nam ssaki naczelne. I zdarzają się też od milionów lat u ludzi na
całej Ziemi.
Ale
nie muszę pisać, bo w międzyczasie pojawiły się trzy ciekawe
teksty na ten temat, pisane przez biologów, ewolucjonistów.
Pozostaje mi podlinkować i polecać wszystkim, którzy kiedykolwiek
będą musieli odpowiadać na głupi argument „niezgodności z
naturą”. Bo tak naprawdę trudno o rzecz bardziej naturalną –
zdecydowanie bardziej nienaturalne jest czytanie książek i latanie
samolotami.
Dr
Marcin Ryszkiewicz, ewolucjonista z Muzeum Ziemi PAN w Warszawie,
pisze:
„Nie
chcę wypowiadać się na temat zasadności twierdzeń prof.
Pawłowicz i jej obrońców. Ale ponieważ i ona, i oni odwoływali
się w swych wywodach do biologii i ewolucjonizmu, to wypada głośno
powiedzieć, że są to argumenty, które z ewolucją nie mają wiele
wspólnego.”
Dr
Karol Zub z Białowieży przygląda się różnym biologicznym
teoriom na temat genezy homosekualizmu, podkreślając, że
„niezależnie od swoich poglądów na pochodzenie homoseksualizmu
naukowcy są zgodni co do jednego, że jest on zjawiskiem
naturalnym.”
I
wreszcie stanowisko Komitetu Biologii Ewolucyjnej i Teoretycznej PAN:
W tym
miejscu pozwolę sobie jednak rozwinąć jedną ze ścieżek, która
pojawia się w artykule dr. Ryszkiewicza. Pisze on, że „skądinąd
nie wyklucza to i drugiej, dość rozpowszechnionej w ewolucjonizmie
tezy, że homoseksualizm jest wynikiem doboru krewniaczego. Bo nie
każdy osobnik musi rozmnażać się "osobiście", by
uczestniczyć w dziele rozprzestrzeniania swych genów - równie
dobrze mogą robić to jego krewni.” Czym jest dobór krewniaczy? Jest
to mechanizm ewolucyjny prowadzący do takich przystosowań
organizmów, które zwiększają szanse przeżycia i rozrodu
niekoniecznie ich samych, ale ich krewnych. Po co? To proste –
nasze rodzeństwo, nasze dzieci, a nawet nasi kuzyni i dalsza rodzina
niosą ze sobą również część naszych genów i w razie sukcesu
rozrodczego przekazują dalej nasz kartoflasty nos, jasne włosy,
kształt ucha, inteligencję, brak tendencji do tycia i wiele innych
rzeczy. Doborem krewniaczym tłumaczy się na przykład wszelkie
zachowania altruistyczne u zwierząt. Piesek preriowy stoi na
straży całego stada i ostrzega je przed niebezpieczeństwem,
chociaż takie zachowanie naraża tego konkretnego osobnika na atak
drapieżników. Jednak jego geny są niesione również przez inne
osobniki w stadzie, którym dzięki temu ostrzeżeniu uda się
przetrwać i rozmnożyć. Dobrym przykładem doboru krewniaczego są
też wszelkie owady społeczne, gdzie rozmnaża się wyłącznie
królowa, a pozostałe osobniki „pracują” na przekazanie części
swoich genów.
E.O.Wilson
w swojej książce „O naturze ludzkiej” (1978) przygląda się
zjawisku homoseksualizmu w ocalałych kulturach
myśliwsko-zbierackich. Jego przetrwanie oraz utrzymywanie się na
dość stałym poziomie w ludzkich populacjach tłumaczy właśnie
doborem krewniaczym. W tradycyjnych kulturach osoby takie pełniły
często np. funkcje religijne czy zajmowały się działalnością
artystyczną, podnosząc tym samym prestiż całej rodziny lub grupy.
Jako osobniki „wolne”, nie zaangażowane ani we własny rozród,
ani w zajęcia ogólnie przypisane ich płci, miały też możliwość
bezpośredniej pomocy w zdobywaniu pożywienia, opału, opiece nad
dziećmi itp. Możliwe, że w jakimś zakresie mechanizm ten działa
do tej pory, nie tylko w odniesieniu do osób homoseksualnych, ale
ogólnie bezdzietnych. Oczywiście, nigdy nie ma pewności, że
bezdzietna ciotka będzie pomagać matce prać pieluchy, a bezdzietny
wujek przyśle trochę grosza, kiedy będzie ciężko, bo sam nie ma
na kogo wydawać - ale jednak często właśnie tak się dzieje. Nie
musi być tak, że posiadanie w najbliższej rodzinie księdza daje
rodzinie jakieś wymierne korzyści – choćby prestiż i uznanie w
społeczności – ale tak przecież bywa. Ksiądz z założenia nie ma dzieci, ale
jego geny przenoszą się dalej pośrednio – zwiększa się szansa
na sukces reprodukcyjny bliższych i dalszych krewnych. I pewnie
właśnie w ten sposób dziedziczą się geny homoseksualizmu (nie zawsze ujawniające się u konkretnego osobnika, przenosimy przecież wiele cech ukrytych, "zamaskowanych"),
dlatego „jeszcze nie wyginęli”, jak chcieliby niektórzy.
Możliwe, że wielu z nich pośrednio i niechcący przyczynia się do
zwiększenia dzietności populacji. Podobnie jak inni, którzy nie
mają dzieci, ale np. płacą wysokie podatki na żłobki,
przedszkola i służbę zdrowia.
Mój
brat nie ma dzieci. Dzięki temu, że nie musi po nocach
zmieniać pieluch, śpiewać potomstwu kołysanek czy odwozić do
przedszkola, jest bardziej dyspozycyjny i mogę liczyć na jego pomoc
organizacyjno-transportową na czas porodu i pierwszych dni połogu.
To duże ułatwienie – świadomość takiej możliwości może
odgrywać dużą rolę w podejmowaniu decyzji o posiadaniu potomstwa.
Mój brat nie ma dzieci - między innymi dzięki temu część jego
genów, przenoszona przeze mnie, została właśnie przekazana dalej!
Oczywiście piszę o tym z przymrużeniem oka, ale tak działa biologia, tak działa ewolucja. I nie ma w tym nic
nienaturalnego.
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Trochę w ciąży...
Nie rób testu. Po co?
Oczywiście, jeśli ta
wiedza jest Ci koniecznie potrzebna, jeśli wybierasz się na
zakrapianą imprezę, huczne weselicho czy konferencję z piciem do
rana, jeśli bierzesz leki potencjalnie groźne dla ciąży i nie
wiesz, czy je odstawić, jeśli jesteś przeziębiona, planujesz męczący
wyjazd, musisz szybko podjąć decyzję, która zależy od Twojego
stanu – no to pewnie, zrób. Jeśli boisz się, nie chcesz, nie
planowałaś, ale podejrzewasz – zrób, uspokoisz się. Po to są
testy w aptekach. Oczywiście, nie są w 100% pewne, szczególnie w
pierwszych dniach, zwykle jednak pozwalają zorientować się, na
czym stoisz.
Ale jeśli planujesz
ciążę, jeśli staracie się o dziecko, oczekujecie, jeśli liczysz
dni, wypatrujesz pierwszych objawów – daj spokój. Poczekaj. To
taki piękny czas, kiedy nadzieja i radość rozwijają się razem z
kiełkującą zygotą. Okres się spóźnia... jeden dzień, dwa,
trzy... to jeszcze nic nie znaczy... tydzień... nadzieja rośnie,
zagnieżdża się w sercu – właśnie jak zarodek w ściance
macicy. Pojawiają się typowe objawy, dużo wyraźniejsze niż w
pierwszych dniach, kiedy łatwo je wytłumaczyć zbliżającym się
okresem czy autosugestią. Dwa tygodnie, trzy... chyba czas wybrać
się do lekarza, potwierdzić przypuszczenia wyraźnym już na tym
etapie obrazem na USG.
Po co psuć ten czas
niecierpliwą pewnością? A przecież to żadna pewność. Wolimy o
tym nie myśleć, ale przecież dwie kreski na teście, szczególnie
w pierwszych dniach czy tygodniach, nie oznaczają jeszcze „sukcesu”,
nie kupujemy jeszcze łóżeczka, wózka czy pieluch. To tak naprawdę
też nadzieja, tyle że nie pozwalasz jej powolutku rozkwitać,
zamiast tego szarpiesz swoimi emocjami na wszystkie strony. Ze stanu
„nie-w-ciąży” przechodzisz nagle w swojej głowie w stan „w
ciąży”, jakby test przesuwał w niej jakąś tajemniczą
dźwignię. A jeśli kreska jest jakaś blada? Kolejny test. Jakby
wyraźniejsza, ale czy na pewno? Co na to lekarz? Na USG nic jeszcze
nie widać. Lecisz na badanie krwi, przychodnia, kolejka, igła,
czekanie na wynik. Coś wyszło, ale czy wynik jest prawidłowy?
Najlepiej powtórzyć. Kolejny wynik. Rząd cyferek, technika,
medycyna. Czy beta rośnie w normie? Za szybko, za wolno? Pytasz
lekarza, szukasz w internecie, trafiając oczywiście na opisy
wszelkich możliwych patologii.
A daj się temu dziecku
zagnieździć w spokoju. Daj się tej jeżynce, kuleczce, temu
zlepkowi komórek zastanowić i zdecydować. Zostać czy odpłynąć,
być czy nie być? Spokojnie tu, ciepło, bezpiecznie? Ciało i umysł
są jednym, są całością. Może lepiej rano poleżeć w łóżku
pół godziny dłużej, zaprosić do siebie przyszłego człowieka,
zamiast lecieć do łazienki i nerwowo sikać na plastikowy pasek?
Może lepiej pospacerować po lesie i pozwolić myślom płynąć,
zamiast biegać po lekarzach i punktach poboru krwi? Na to jeszcze
przyjdzie czas, tego jeszcze będziesz miała dosyć. Teraz masz
szansę przez jakiś czas pobyć... trochę w ciąży. To wyjątkowy
stan, szkoda, że trwa tak krótko.
sobota, 12 stycznia 2013
Dwulatek samodzielny
Samodzielność
dwulatka to rzecz fascynująca i niebezpieczna.
Z
mojego skromnego doświadczenia oraz z tego, co piszą w niektórych
mądrych książkach wynika, że samodzielności nie trzeba dwulatka
uczyć. Ona w nim jest i trzeba się raczej postarać, jeśli chcemy
mu ją z jakiegoś powodu wyperswadować. Od urodzenia dziecko
obserwuje czynności wykonywane przez rodziców i w ogóle przez
innych ludzi, potem dochodzą postaci z książeczek i z bajek –
mniej lub bardziej samodzielne i pomysłowe. Te doświadczenia
gromadzą się w jego mózgu i... czekają, utajone. Czekają, aż
pojawi się odpowiednia faza rozwoju, odpowiedni zestaw już nabytych
umiejętności i aktualnych rozwojowych wyzwań – i nagle trach,
dziecko zaczyna coś robić samo. My, rodzice, chcielibyśmy bardzo,
żeby to było samodzielne ubieranie się, sikanie do toalety i
jedzenie sztućcami. Niestety, tak samo, a nawet bardziej
prawdopodobne jest skuwanie tynków, wybieranie popiołu z kominka i
zagniatanie ciasta. Z mąki, popiołu, jajek, soli i tak dalej.
Samodzielnego
dwulatka może dość trudno odróżnić od tzw. rozwydrzonego
bachora, który myśli, że wszystko mu wolno. Na przykład wziąć
sobie słoik z dyniowym dżemem stojący na szafce, otworzyć, wyjąć
z szuflady łyżeczkę i zjeść sporą część zawartości. Bo
przecież my też to robimy – kiedy jesteśmy głodni, bierzemy
sobie jedzenie, nie pytając reszty domowników, czy wolno. I wydaje
nam się, że wiemy lepiej, kiedy, co i jak powinno się robić, bo
jesteśmy dorośli. I czasem faktycznie wiemy. Ale nie zawsze.
Poza
tym, dwulatek czasem jest jak Golem. Golem to legendarny potwór
ulepiony z gliny, ożywiony za pomocą tajemnych rytuałów
magicznych, wykonujący polecenia swojego stwórcy. Problem z Golemem
był taki, że po uruchomieniu dość trudno było go zatrzymać.
Jeśli poproszę dwulatka, żeby włożył parę klocków do pudełka
– zrobi to, następnie jednak wysypie z pudełka całą zawartość,
pozbiera, znów wysypie... Umie wkładać klocki do pudełka, ale nie
rozumie idei porządku. Jeśli powiem mu, żeby przyniósł z szafy
skarpetki – przyniesie z radością, a potem jeszcze jedne, i
kolejne, i wszystkie jakie tam były, potem kilka par rajstop,
koszulki, spodnie, a jak skończą się ubrania z jego półek, to
przecież jeszcze są nasze. Jeśli ma sobie nalać wody do kubka z
dzbanka, to nie spocznie, dopóki cała woda w zasięgu wzroku nie
zniknie w taki czy inny sposób.
Nie
chwalę za bardzo i nie zachęcam, bo naśladowanie, rozwój,
zdobywanie nowych umiejętności, zaspokajanie ciekawości są na
tyle atrakcyjne i motywujące same w sobie, że nie warto ich psuć
moralizatorskim wartościowaniem. Uśmiecham się i zachwycam cicho.
Staram się nie zniechęcać. Czasem – no dobra, często –
niecierpliwię się, irytuję i wściekam. Nie wiem, czy zmywanie
naczyń z moczeniem rękawów po pachy i zalewaniem kuchni czy
radosne zamiatanie podłogi ze strącaniem sprzętów kijem od miotły
przełożą się za parę lat na rzeczywistą pomoc w domowych
pracach. Może tak, może nie. Na pewno wszystkie te czynności lepiej rozwijają fizycznie czy poznawczo niż dowolna wielofunkcyjna zabawka multimedialna. A może nie będę musiała robić
dwunastolatkowi kanapek, bo on nie umie? Właściwie już zaczyna sobie robić
– tylko ma problem z doniesieniem masła do kromki. Najtrudniejsze
okazuje się – nie zjeść go po drodze...
A
tutaj robimy jajecznicę. Kiedy ja będę smażyć, Stach rozstawi
talerze, a potem wyjmie widelce z szuflady i położy przy każdym
talerzu. Jeszcze żadnego nie stłukł. W każdym razie nie przy tej
okazji ;-)
piątek, 11 stycznia 2013
Siłami natury
Rok 2135, gdzieś na Ziemi...
* * *
- Więc
podjęłaś decyzję?
- Tak.
- I nadal
chcesz to zrobić... siłami natury?
- Tak.
Chciałabym spróbować.
Podeszła
do okna. Zza szczelnych, lekko matowych tafli ogromne miasto wydawało
się ciche i nieruchome. Na dachach sąsiednich wieżowców
rozciągała się mozaika wiecznie zielonych ogrodów i kolektorów
słonecznych, lśniących w purpurowym świetle zachodu.
- Wiesz, znajoma opowiadała mi ostatnio, że zna ludzi, którzy
robili to w domu...
- Świry.
- Są ponoć lekarze, którzy zgadzają się asystować przy czymś
takim...
- Nie rozumiem, po co narażać się na takie ryzyko. Choroby,
krwotoki... Mam nadzieję, że ty nie...
- Nie... nie.
Znowu
milczeli przez chwilę. Potem on odsunął kieliszek z winem i
dotknął kilka razy płaskiego ekranu, który rozjarzył się na
blacie stolika.
- Są jeszcze terminy w tym miesiącu. Chyba że wolisz poczekać...
- Nie. - Odwróciła się z uśmiechem. - Myślę, że już czas
skonsumować nasze małżeństwo.
* *
*
Winda
zawiozła ich bezszelestnie pod same drzwi gabinetu. Czyste wnętrze
ze szkła i plastiku wzbudzało zaufanie. A jednak zawahała się w
progu. Na środku stał fotel, czysty i lśniący w świetle
jaskrawych lamp, otoczony monitorami, kablami, rurkami. Na białym
stoliku leżało kilka stalowych narzędzi.
Wziął
ją za rękę i ścisnął. Jego dłoń była zimna i wilgotna. Też
się bał.
- Możemy się wycofać...
Pocałowała
go w idealnie gładki policzek.
- Zróbmy to teraz.
* *
*
-
Proszę się tak mocno nie ruszać, bo elektrody się przesuwają...
- Pielęgniarka poprawiła coś na jego piersi. - Musimy monitorować
akcję serca w ramach profilaktyki zawałów, u mężczyzn to była
dawniej jedna z najczęstszych przyczyn zgonów w tej sytuacji.
Zrobiło
mu się trochę słabo. Ze wszystkich stron otaczały go plastikowe
rurki. Nie cierpiał igieł, wenflonów... a jednak to konieczne.
Hormony, witaminy. I jeszcze jakiś niebieski płyn. Jeden z lekarzy
wyjaśnił, że kiedyś nazywano to viagrą, oczywiście dziś
zostało ulepszone, unowocześnione, ale stara nazwa nadal
funkcjonuje w medycznym żargonie.
Leżała
przed nim, ale patrzyła w ścianę nieobecnym wzrokiem. Nie chciała
całkowitej narkozy, a jednak środki przeciwbólowe i rozluźniające
zrobiły swoje. Żałował, że nie może teraz zobaczyć jej nagiej
pod tym bladozielonym fartuchem. Ale fartuch był konieczny dla
zachowania sterylności. Do sali wszedł kolejny lekarz, już chyba
czwarty. Rzucił okiem na monitory.
- Chyba musimy trochę pomóc – powiedział, zakładając gumową
rękawiczkę.
* *
*
Wreszcie
leżeli we własnym łóżku. Wypuszczono ich dopiero po czterech
dobach – podobno było ryzyko komplikacji. Materac delikatnie
dostosowywał się do kształtów ich ciał.
- Udało się – powiedział szeptem.
- Tak.
Na
dźwięk ich głosów ściany rozjarzyły się delikatnym diodowym
światłem.
- O czym mówił ci ten lekarz wtedy...? Długo nie wychodziłaś...
- Ach, ten. O naturalnym poczęciu. Że w naszym przypadku może być
trudno, ale nie wyklucza. I że jednak operacyjnie dużo
bezpieczniej i pewniej.
- Pytałaś go o takie rzeczy? Chyba nie planujesz...
Milczała
dłuższą chwilę.
- Tak jakoś zeszło na ten temat.
Światełka
w ścianach dogasały powoli. Łóżko zawibrowało lekko, gdy
przytuliła się do niego w ciemności.
- A wiesz co czytałam?
- Hmm?
- Że podobno można mieć z tego przyjemność.
- Z tego? Co za bzdura!
Ściana
rozjarzyła się na czerwono.
- Podobno się zdarza... a może zdarzało się kiedyś... i podobno
można mieć orgazm taki jak w generatorze... tak piszą właśnie
ci, którzy robią to w domu...
- Nie możesz wierzyć we wszystko, co wypisują ekstremiści. Kiedyś
ludzie również rodzili w domach i karmili dzieci mlekiem jak
dzikie zwierzęta. Chyba tylko zboczeniec mógłby mieć z tego
przyjemność.
Odwrócił
się do ściany. Czujnik temperatury błysnął błękitną lampką.
- Masz rację – westchnęła. - To chyba niemożliwe...
* * *
;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



