piątek, 30 marca 2012

Co myślę o szczepieniach cz.2

Czy nieszczepienie jest bezpieczne?

Na tę sprawę można spojrzeć z dwóch stron. Pierwsza – czy całkowita lub częściowa rezygnacja ze szczepień jest bezpieczna dla dziecka? Druga – czy nieszczepienie dziecka jest bezpieczne dla społeczeństwa, czy nie szczepiąc własnego dziecka nie narażamy innych?

Najpierw spróbuję odpowiedzieć na to drugie pytanie.

Rozważmy przykład krztuśca. Standardowo na krztusiec szczepi się niemowlęta (3 dawki w pierwszym roku życia), potem dzieci półtoraroczne. W ostatnich latach wprowadzono jeszcze szczepienie w 6 roku życia, przed pójściem do szkoły. Dlaczego? Jak wykazały badania (np. takie), po kilku latach od szczepionki poziom odporności na krztusiec znacząco spada. Okazuje się, że szczepionka jest „ważna”, a więc daje odpowiedni poziom odporności, tylko przez kilka lat. Co to oznacza? Dzieci 11-letnie, nie doszczepiane dodatkowo na krztusiec, a także prawie wszyscy dorośli, są w pewnym sensie w takiej samej sytuacji jak dzieci nieszczepione. Mogą oczywiście nabywać odporność na krztusiec przez bezpośredni kontakt z antygenem w środowisku (z chorymi), więc nie jest tak, że wszyscy mamy zerową odporność na krztusiec – ale nie pochodzi ona ze szczepienia. Oczywiście niemowlęta i małe dzieci są bardziej narażone na poważne konsekwencje krztuśca, ale to osobny temat – zajmę się nim później, na razie rozpatrujemy bezpieczeństwo innych. Czy dziecko nieszczepione na krztusiec, które pójdzie do przedszkola lub szkoły, naraża inne dzieci, bo może zachorować i „przywlec” chorobę? Chciałoby się przekornie odpowiedzieć, że przecież wszystkie inne dzieci są szczepione, a więc nie zachorują – niestety, skuteczność szczepionek nigdy nie jest stuprocentowa i może się tak zdarzyć. Ale tak samo, a nawet bardziej prawdopodobne jest, że krztusiec „przywlecze” do grupy przedszkolaków pani nauczycielka, bibliotekarka, sprzątaczka, kaszlący woźny zamiatający podwórko, ksiądz czy katechetka, a nawet lekarz albo pielęgniarka, przyjmujący niedawno pacjenta z krztuścem. Oni wszyscy są „nieszczepieni” na krztusiec – ich szczepienia wiele lat temu straciły skuteczność. Dziecko może zetknąć się z krztuścem w autobusie, w sklepie, w kościele, a także we własnym domu, bo rodzice przecież też ostatnio byli szczepieni w niemowlęctwie.

Podobnie wygląda sytuacja z innymi szczepionkami. Oczywiście są i takie, które dają odporność na całe życie. Tych nie trzeba powtarzać i można byłoby założyć, że szczepienia eliminują je całkowicie... gdyby były całkowicie skuteczne. A niestety nie są.

Każdy, kto domaga się obowiązkowego szczepienia wszystkich dzieci w imię dobra społecznego, powinien przede wszystkim zaszczepić się na wszystko sam, a właściwie szczepić się co kilka lat. Wtedy prawie na pewno nie będzie „rezerwuarem chorób zakaźnych”, jak określa się czasem nieszczepione dzieci.

Mówi się, że obowiązkowe, masowe szczepienia przyczyniły się do całkowitej lub prawie całkowitej eliminacji niektórych groźnych chorób, które niegdyś zbierały śmiertelne żniwo. Ale czy na pewno szczepienia i tylko szczepienia? Poniższy wykres (za: http://szczepieniakrztusiec.files.wordpress.com, na której to stronie można doczytać dużo, dużo więcej na ten temat) pokazuje umieralność na krztusiec w ostatnich 60 latach w Polsce.


Tutaj to samo, ale tylko w odniesieniu do niemowląt:

Za: http://szczepieniakrztusiec.files.wordpress.com

Nie ma wątpliwości, że od czasu wprowadzenia masowych szczepień umieralność spadła. Ale czy rzeczywiście dzięki szczepionce? Może znaczenie miały raczej wzrost higieny i ogólnych możliwości medycyny, lepsze odżywianie - i jeszcze parę innych czynników? Jak widać, umieralność spadała jeszcze przed wprowadzeniem szczepionki, a trend nie zmienił się znacząco po jej wprowadzeniu. Czy to rzeczywiście powszechne szczepienia wytępiły choroby?

Nie jestem przeciwniczką szczepień, ale nie lubię manipulacji. Pytanie z wczorajszego tekstu jest nadal aktualne. Czy można zmuszać rodziców do szczepień w imię zdrowia publicznego, jeśli wpływ szczepień lub ich braku na to zdrowie jest co najmniej wątpliwy – zdecydowana większość ludzi nie ma ważnych szczepień przeciwko chorobom takim jak krztusiec czy gruźlica, szczepienia z dzieciństwa nie mają już znaczenia dla odporności. Dlaczego więc tak upierać się przy maksymalnej wyszczepialności dzieci? Dla ich własnego zdrowia – zgoda, ale argument o zdrowiu całego społeczeństwa zupełnie mnie tutaj nie przekonuje.

10 komentarzy:

  1. A czemu rozważa Pani skuteczność szczepienia na krztusiec na podstawie śmiertelności, a nie zachorowalności? Nie uważa Pani, że to jest z Pani strony manipulacja? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z prostego powodu: te dane są bardziej wiarygodne. Ilu ludzi z objawami krztuśca nie idzie do lekarza, tylko leczy się domowo (często skutecznie)? Ilu lekarzy przy takich objawach nie robi posiewu, tylko po prostu przepisuje antybiotyk? Ilu lekarzy nawet przy stwierdzeniu krztuśca nie zgłasza go do sanepidu? I tak dalej. Dlatego myślę, że dane na temat zapadalności są po prostu bardzo niekompletne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Poza tym - po co miałabym manipulować? ;-) Moje dziecko jest akurat szczepione na krztusiec. Acelularną szczepionką, po 6 mc życia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo zachorowanie nie musi wiązać się z powikłaniami i najczęściej się nie wiąże.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale dane na temat śmiertelności nie dowodzą skuteczności/nieskuteczności szczepionki. Sama śmiertelność mogła też spaść np. z powodu np. lepszych metod leczenia (argument na temat wpływu lepszej higieny nie do końca do mnie przemawia, bo czy naprawdę, nagle, w latach 50tych, nastąpił jakiś przełom w tej kwestii?) ale szczepionka nie jest na śmierć tylko na chorobę.

    OdpowiedzUsuń
  6. To prawda, dane na temat śmiertelności niczego nie dowodzą. Szczególnie nie dowodzą skuteczności szczepionki, choć gdyby zacytować je wybiórczo, można byłoby je tak interpretować. Kompletnych danych na temat zapadalności nie mamy.

    Higiena poprawiała się stopniowo, już wcześniej. Stąd stopniowy spadek zachorowań. Takie jest moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakoś niezbyt mnie przekonują te wywody. To, że dorośli już nie są szczepieni, wcale nie oznacza, że już nie są odporni!!! Przecież po kolejnych dawkach przypominających już u dzieci coraz bardziej wydłuża się okres odporności. Prawdę mówiąc nie słyszałam w swoim otoczeniu o żadnych zachorowaniach na krztusiec, ani u dzieci, ani tym bardziej u dorosłych. Jest to obecnie bardzo rzadka choroba. Lepiej by było więc skupić się w tych rozważaniach np. na gruźlicy, która wciąż stanowi realne zagrożenie. A swoją drogą, lepiej mówić po prostu "bezkomórkowa", zamiast "acelularna".

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie słyszy się o krztuścu, bo nie jest diagnozowany. Ostatnio podobno wraca, pojawiły się nawet szczepionki dla dorosłych, właśnie z powodu krótkiego okresu odporności. Tutaj o tym było na przykład: http://www.edziecko.pl/pierwszy_rok/2029020,79405,9515480.html

    OdpowiedzUsuń
  9. Odnośnie zagrożenia jakie stanowi nieszczepione dziecko dla innych dzieci, warto mocno podkreślić, że nosicielami są zarówno szczepione osoby dorosłe (to o czym wspominasz) oraz co ważne nawet same dzieci szczepione (u których w tym momencie powinna być zwiększona odporność) o czym rzadko się mówi - przykładem niech będzie gruźlica. Tak więc moim zdaniem to nie dziecko nieszczepione stanowi zagrożenie, tylko zarazki same w sobie. Odnośnie bezpieczeństwa dzieci nieszczepionych, powiem tak: twórca teorii, która legła u podwalin współczesnej medycyny i szczepień - Ludwig Pasteur, początkowo twierdził, że za choroby odpowiedzialne są odpowiednie mikroby i wystarczy je wyizolować i zabić by być zdrowym. Jednakże na łożu śmierci stwierdził: „Teren jest wszystkim, a bakteria jest niczym”. Tak więc o zdrowie dzieci nieszczepionych mniej bym się obawiał ponieważ z reguły dzieci takie mają dużo lepsze „środowisko - teren" niż dzieci szczepione. Głównie dlatego, że ich układ odpornościowy rozwija się samodzielnie, w swoim tempie i bez ciągłego bombardowania obcymi dla niego zarazkami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak, dzieci szczepione też zarażają, przykładem jest polio - m.in. o tym napiszę dziś (i chwilowo zamknę ten temat).

    OdpowiedzUsuń